"Obcy: Przymierze" - recenzja filmu

Sequel, prequel i zbyt wielu pasażerów…

Podobno Obcego albo się kocha, albo nienawidzi. Podobno. Bo jeśli ktoś kochał się w ósmym pasażerze od dziecka, uwielbia Sigourney Weaver, czytać uczył się na komiksach (więc te o ksenomorfach były mu nieobce, a wręcz przeciwnie – do ukochanych należały) i z Dutchem Schaefferem po dżungli szalał, to może mieć problem. Bo serce nie sługa…

Przyznam, że rosłam razem z cyklem i każdy kolejny film po prostu mi się podobał. Pomysł ewoluował w sposób może nie doskonały, ale naprawdę niezły. Koniec końców – to jedna z moich ulubionych serii, tetralogia dobra na każdy czas, miejsce i towarzystwo. Do tego wspomniane komiksy oraz widowiskowe obrazy, w których nasz obcy jest zaledwie elementem gry prowadzonej przez rasę kosmicznych wojowników i co z tego wynika... Żyć, nie umierać!

Dlatego Prometeusz był oczekiwany jak kolejne objawienie. I takowo niebezpieczny. Z jednej bowiem strony – sam fakt entej części, wyczerpanie tematu i pomysły, które bardziej będą uwzględniały popisy grafików komputerowych, z drugiej zaś – kultowa seria, fenomenalny reżyser i przecież temat ujęty z innej zupełnie strony, a więc jeszcze nieskażony. Niestety, nieskażony nie pozostał, podobnie jak atmosfera pomieszczenia, gdzie za dużo było czarnej lawy pomysłów. Bo nagle obcy (taki bądź inny) wyskakuje dosłownie zewsząd – powstaje i przypadkiem, gdy ekspedycja poszukująca początków życia na Ziemi ingeruje w nieznane środowisko Inżynierów, i gdy pewien android chce przewyższyć swojego twórcę. A jak już coś się klarować zaczyna, to ksenomorfa… porzucają, odlatując ku innej planecie!

Kontynuujący historię Prometeusza Obcy: Przymierze nie daje, niestety, odpowiedzi na pytania, które pozostały po poprzednim filmie. Owszem, jest coś tam wspomniane, kto, jak, kiedy i dlaczego, ale bez większego ładu, składu i logiki (pamiętajmy bowiem, że obcy już od 10 lat szaleje na nieznanej planecie, którą opuścił Prometeusz z resztkami załogi, a my nadal nie wiemy dlaczego, bo zaczęło się od szukania śladów twórców człowieczej rasy…). Zdać by się mogło, że przymierze, które chce zawrzeć reżyser z widzami ma bardzo słabe i chwiejne podstawy… Ale po kolei.

Otwierająca film sekwencja rozmowy miliardera Petera Weylanda ze stworzonym przez niego androidem Davidem zapowiada się nieźle, bo jak cisza przed burzą. Spokój, biel ścian, otoczenie ascetyczne, acz ze zbyt znanymi dziełami sztuki, by ich nie zauważyć. Muzyka, herbata i filozoficzne dysputy. Więcej tu jakby nawiązań do Dicka, ale byłyby to w końcu dobre nawiązania. Pozostaje czekać na burzę. I oto z mroków kosmosu wyłania się tytuł filmu w takt znanego wszystkim motywu muzycznego, czas staje w miejscu…

Widzimy statek kosmiczny Przymierze, lecący ponad 7 lat z Ziemi na czekającą na kolonizację planetę. Ma na pokładzie około 2000 kolonistów, 1150 zarodków ludzkich i 15 osób załogi. O statek dbają android Walter i Matka, czyli komputer pokładowy. Widz, widząc wiszące kapsuły hibernacyjne, po raz pierwszy czuje szybsze bicie serca, bo przecież aż się prosi o gości nieproszonych. No ale to początek historii, więc trzeba czekać. Nagły rozbłysk gwiazdy, którego podobno (mimo nad wyraz zaawansowanej technologii) nie sposób przewidzieć, strat robi co nie miara. O ile na zewnątrz statek pozostał niemal nienaruszony, to w środku małe piekiełko – ginie część kolonistów, zarodków oraz… kapitan. Śmierć to nagła, głupia, bezsensowna i… zbędna historii zupełnie (czyż to nie najkrótsza w karierze rola Jamesa Franco?). Zwłaszcza że kolejny kapitan nadaje się co najwyżej na majtka, a i to niekoniecznie podczas sztormu… Niespodziewana, niczym nieuzasadniona zmiana kursu, kompletny brak najzwyklejszej ostrożności pod każdym względem (od pchania się prosto w burzę nad nieznaną planetą, przez niefrasobliwość wśród nieznanej flory i fauny, po lekceważenie wytycznych postępowania w wypadku kwarantanny) oraz brak krytycyzmu i najzwyczajniejszego zdrowego rozsądku. A potem jest już tylko gorzej – „white noise, black shadows” oraz „too good to be true”.

Największe błędy? Załoga nieznająca karności, dyscypliny i częstokroć zwyczajnie… głupia. Reagująca pod wpływem emocji, której nie znana jest kalkulacja czy logika. I najprostsze standardy bezpieczeństwa. Do tego zupełnie absurdalne „braki” obcego lub… jego nagły nadmiar. I oczywiście hiperewolucja, która biegnie szybciej niż myśl. Ridley Scott, reżyser bez wątpienia genialny, chyba nieco pogubił się w oceanie pomysłów i albo nie umiał wybrać, albo wybrał źle i nie potrafił sobie ze swoim wyborem poradzić, a widza zawiódł przy tym sromotnie. Bo brak konceptu na scenariusz sprawia, że dziury w historii nie dadzą zatkać się pseudofilozoficznym dyskursem ani krwawym pokotem. I nawet piękne kobiety, zawiłe historie, tudzież wyczekiwany obcy nie potrafią udźwignąć legendy.

Najbardziej udane? Świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego (wśród których absolutnie niezapomniane są fantastyczne krajobrazy nieznanej planety Inżynierów – góry, jeziora, zapierające dech w piersiach wodospady) oraz scenografia i kostiumy, czyli po prostu strona wizualna filmu na długo zapada w pamięć. I genialna gra Michaela Fassbendera, który w drugiej połowie po prostu kradnie film i robi to koncertowo.

Co jeszcze zapamiętamy? Z całą pewnością to, że zarówno androidy, jak i obce formy życia mają wielką słabość do umundurowanych, wysokich i wielkookich szatynek, lubujących się w pilotowaniu wszelakich pojazdów, nie tylko kosmicznych, oraz to, że wyrażenie „bezpieczny seks” nabierze zupełnie innego znaczenia…

Film nie rozczarowuje w jednym wypadku – kiedy nie nastawiamy się na nic (i nie oglądamy trailerów). Wtedy w pełni i bez ansów doceniamy zarówno niezwykły kunszt operatora, jak i wspaniałe kreacje obu androidów. Ba! Z czasem zaczynamy po prostu kibicować tworowi Weylanda i ciekawi jesteśmy jego historii, porzucając bez żalu załogę Przymierza, bo przecie „do swego końca już się spieszą, co tak silnie w potęgę swą wierzą”… 


blog comments powered by Disqus