"Amerykański burger" - recenzja filmu

Mięso w 100% amerykańskie

Festiwal Fest Makabra trwa w najlepsze – jeszcze w kilku kinach będzie możliwość obejrzenia niektórych nietypowych filmów ocierających się o kino grozy. Jako że lubię specyficzne produkcje, a i nie stronię od fast-foodów, w lutym postanowiłem skosztować, jak „smakuje” Atak krwiożerczych donatów (pomysł odjechany, a film do pośmiania). Następnie poszedłem za ciosem i zamówiłem do recenzji Amerykańskiego burgera. Jak poprzednio, tak i teraz postanowiłem sobie zrobić w domu seans à la 4DX, tym razem przy akompaniamencie karkówki z warzywami (nie jest to hamburger, więc przyjmijmy, że wyszło kino 3,5DX), kupionej w tejże samej sieci dyskontów spożywczych co donuty i usadowiłem się do seansu...

Tym razem na widzów czeka dużo więcej postaci niż podczas Ataku krwiożerczych donatów – konkretnie cały autokar studentów, zmierzających na wycieczkę do Europy. Kierowca, nauczycielka oraz młodzież – w której wyróżniają się trzy oczywiste grupy: sportowcy, cheerleaderki i nerdy – wjeżdżają do kraju o wdzięcznej nazwie Kraketch, aby zwiedzić położoną w lesie fabrykę produkującą amerykańskie burgery. Przywitani przez zachowującego się podejrzanie rzeźnika (będącego zresztą twarzą równie wątpliwych reklam tej „firmy”) jeszcze nie spodziewają się, że dla większości z nich podróż zakończy się bezpowrotnie w głębi lasu...

Podobnie jak było w przypadku Donatów, tak i teraz mamy do czynienia ze zbieraniną stereotypowych postaci. Było to do przewidzenia, biorąc pod uwagę zarówno konwencję, jak i samą fabułę Amerykańskiego burgera. Tym razem niemalże wszyscy bohaterowie nie zostają nam przedstawieni imiennie. Zamiast tego – w napisach początkowych i końcowych – określeni są poprzez gatunek i podgatunek danej „postaciowej kliszy” (np. miła cheerleaderka, gruby kujon, zawodnik rozgrywający, itp.). Z niektórymi nawet nie byłoby sensu się zaprzyjaźniać po imieniu, można się bowiem domyślić, że będą oni pełnić wyznaczoną przez twórców filmu rolę mięsa armatniego. I choć w życiu często „pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki”, tak tutaj trzeba przyznać, że pomocnicy rzeźnika mają ułatwione zadanie. Szybko wybijają znaczną część gromadki Bogu ducha winnych studenciaków, cechujących się refleksem leminga.

Zarówno w Amerykańskim burgerze, jak i w Donatach nie mamy do czynienia z przerażającym filmem (a pisze to osoba podatna na różne zagrywki horrorowe), raczej więc chodzi o humor i zabawę konwencją. Nerdy więc liczą, że w końcu „zaliczą”, pracownicy fabryki Amerykańskiego Burgera są jak żywcem wyjęci z różnych slasherów (choć zamiast ikonicznych hokejowych czy innych masek noszą białe stroje robocze z rzeźni), a jedna ze scen ucieczki dwójki nastolatków przed bandą zwyrodnialców pokazana jest w zwolnionym tempie, jak to czasami bywa w kinie akcji.

Duży plus za lokacje – w większości piękne tereny leśne – które uprzyjemniają odbiór filmu i wypadają iście perfekcyjnie. Udanie prezentują się też sceny eksterminacji niewinnych ofiar morderców – nie poskąpiono sztucznej krwi, która efektownie tryska co chwilę. Klimatycznie wyglądają napisy początkowe (w formie animacji), a muzyka dostosowana jest do poszczególnych scen (kiedy trzeba, słyszymy piosenkę jak z rom-com, a w stosownych momentach bardziej thrillerowe brzmienia).

Dodatkowym elementem humorystycznym jest niekiedy zachowanie poszczególnych nastolatków, gdy – przykładowo – śmieszkują sobie z tego i owego, chociaż muszą uciekać przed bandą psychopatów z nożami, którzy przed chwilą pozbawili życia sporą część klasy (ach, ta beztroska młodzież). A wisienką na torcie jest fakt, że aktorzy grający studentów z USA nierzadko mówią z akcentem, któremu daleko do amerykańskiego.

Co na minus? Niektóre teksty nerdów mogą wywoływać obrzydzenie (kilka żartów, uprzejmie przepraszam Czytelników, o kupie i dupie). Morderców i sposoby zabijania można było przedstawić bardziej różnorodnie. Okazjonalnie słabiej prezentuje się gra aktorska, nieadekwatna do sytuacji danej postaci. Na przykład dziewczyna z MOCNĄ raną kłutą nogi zamiast zemdleć lub zwijać się z bólu bardziej irytuje się na kujonów, że nie są w stanie uwolnić jej z pułapki i zachowuje się zbyt spokojnie jak na całą sytuację (ach, ta adrenalina). Można było także darować sobie wtrącenie golizny (choć trzeba przyznać, że jest jej o wiele mniej niż w przeciętnej komedii młodzieżowej) oraz okazjonalnego „rzucania mięsem”.

Amerykański burger bawił mnie lepiej aniżeli Atak krwiożerczych donatów. Zasługi ma tu większa liczba humorystycznych momentów i popkulturowych śmieszków oraz chwil w stylu „WTF”, a także kilka niezłych twistów fabularnych i budzący sympatię aktorzy (muszę też przyznać, że Aggy Kukawka w roli miłej cheerleaderki jest bardzo śliczną i wdzięczną postacią). Kolejne guilty pleasure z junk foodem w tle, w sam raz na sympatycznie i luźno spędzone 77 minut. Polecam konsumpcję burgera do kompletu. Kto wie, może zastanowisz się przy okazji nad tym: czy wiesz, co jesz?

PS. Trzymam kciuki za dalsze części tej serii (w zamierzeniu twórców jest trylogia, której część druga jest w trakcie tworzenia, z planowaną premierą w tym roku).

Korekta: Marta Kononienko



blog comments powered by Disqus