"American Gods" - recenzja pierwszych odcinków

W krainie krwi i bogów

Są różne gusta i prawdą jest, że się o nich dyskutuje... Ale życie byłoby inaczej zbyt nudne, prawda? Są pewni panowie w odległym świecie zwanym Hollywood, którzy potrafią wstrząsnąć publicznością, bardzo przyzwyczajoną już do miałkich produkcji i łatwych treści. Bryanowi Fullerowi i Davidowi Slade’owi nie można odmówić rzadkiej umiejętności szokowania. Tabu to coś, czego wszyscy unikamy. Oni nie boją się spojrzeć prosto w twarzy naszym najskrytszym instynktom krwi i mroku. Ich serial Hannibal to dopiero początek. Jego następca, American Gods, jest już na ustach wszystkich i uznawany jest za godnego następcę legend telewizji pokroju Gry o Tron. Przesada? Przeciwnie: czysta prawda.

Cień wychodzi wreszcie z więzienia po kilkuletnim wyroku za rozbój. W drodze do ukochanego domu okazuje się, że jego żona zginęła w wypadku samochodowym. Zdruzgotany bohater poznaje nagle osobliwego towarzysza podróży, Pana Wednesdaya, który proponuje mu pracę. Tak Cień wkracza w niebezpieczny świat Starych i Nowych bogów, którzy walczą o przetrwanie i kontrolę nad człowiekiem. Którą stronę ostatecznie wybierze?

Po pierwsze, nic nigdy nie wpasowało się w obecne nastroje polityczne i społeczne tak idealnie, jak American Gods. Zmiany polityczne, niepokoje wśród emigrantów, multikulturowość i niechęć do tego „obcego” zgłębiane są poprzez postaci bogów – istot, które przybyły do Ameryki, nowego świata pełnego możliwości. Ich piękna, ale i straszna rzeczywistość starych zwyczajów i wartości niesie ze sobą pewien sentymentalizm za dawnymi czasami mgły i baśni – normalna tendencja w czasach postępującej techniki. Ale jest w nich też czysty, instynktowny wręcz terror, który Fuller i Slade ukazują w ich klasycznej już wręcz, szokującej, ale i szalenie fascynującej atmosferze makabry. American Gods obrazuje naszą tęsknotę za tym, co niewytłumaczalne, za niebezpieczną tajemnicą. A to dopiero pierwsze odcinki sezonu!

Serial nosi znamiona stylistyki Hannibala prawie jak odciski palców. Montaż składa się z długich ujęć w zwolnionym tempie, w których kamera napawa się krwawymi obrazami, jakby każąc widzowi zagłębić się w nich jak w jakiejś koszmarnej układance. Świat bogów to oniryczne wizje, makabryczne sceny morderstw i wojny, a także bezlitosne prawo woli przetrwania. W środku tej wojny między Starymi bogami a Nowymi bożyszczami ludzkości, czyli technologią czy mediami, znajduje się Cień. Pierwszy odcinek skupia się wyłącznie na nim, choć kolejne zaczynają niezależnie od jego linii fabularnej wprowadzać także historie innych bóstw zamieszkujących amerykańskie metropolie i prowincje w poszukiwaniu niewinnych ofiar. Tak, jak to było w przypadku genialnej powieści, na której został oparty serial, to fotograficzna podróż po ich świecie i totalna immersja w ich straszne, krwawe realia niepojętej magii i walki z nieuchronnie zmieniającym się światem. A jest to podróż, od której nie sposób się oderwać. American Gods, tak jak Hannibal, ma w sobie wywrotowy pazur i unikalny styl retro, który zapowiadały już świetne plakaty promocyjne przed premierą. 

Całe szczęście, że w produkcji uczestniczył autor powieści i znany pisarz Neil Gaiman, ponieważ scenariusz zachował narracyjną płynność powieści i hipnotyczny rytm opowiadanej historii. Główna siła Amerykańskich bogów tkwi jednak w jego postaciach, stąd ważne było obsadzenie odpowiednich aktorów. Triumfują niemainstreamowi aktorzy, którzy niejednemu zdobywcy Oscara mogliby narobić wstydu. Wybór odtwórcy postaci Cienia spotkał się początkowo z oburzeniem, ale Ricky Whittle spełnia się w roli spokojnego wyważonego everymana próbując go odnaleźć się w niezwykłych okolicznościach. Od kogo by tu zacząć z całej gamy bogów? Gillian Anderson grająca Media to prawdziwa petarda. Pablo Schreiber jako Szalony Sweeney to kowboj ze złotymi monetami jakich mało. Techno Chłopiec przyprawi każdego o ciarki. I tak jednak wszystkich bije na głowę Ian McShane jako Pan Wednesday, czyli Odyn. Lubujący się w prostytutkach, klnący kiedy popadnie i posiadający niezmordowaną wiarę w swoją misję, Pan Wednesday to bóg z krwi i kości, który nie boi się niczego. On i Cień tworzą zaskakująco zgrany duet, a ich przekomarzania i potyczki słowne są bezcenne. Każdy znajdzie swojego ulubieńca wśród panteonu. 

Mamy za sobą dopiero kilka odcinków American Gods, a tak wiele jeszcze przed nami. Na pewno nie zabraknie scen pełnych tryskającej krwi i ponadnaturalnych zjawisk. Takie towarzystwo to prawdziwa przygoda, nie straćcie więc okazji, by śledzić losy Cienia i Pana Wednesdeya, a bogowie na pewno Was nie zawiodą. 

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus