"Atak tyrolskich zombie" - recenzja filmu

Autor: osti

Zombies just want to have fun

Zombie to bardzo wdzięczny temat, który z zamiłowaniem eksploatują twórcy z niemal wszystkich pokoleń filmowców. Widzowie mają dzięki temu w czym wybierać – od kameralnych dramatów, aż po czarne komedie i groteskę.

Tytuł recenzowanego filmu chyba wyraźnie sugeruje, z czym mniej więcej mamy do czynienia. Tyrolskie zombie to miks absurdu, autoironii i odrobiny gore oraz... snowboardu. Miejsce i czas akcji (zima, góry, śnieg) determinują w znacznym stopniu to, co widzimy na ekranie.

Autorem pomysłu na „snowboardowy” film o zombie jest Dominik Hartl, który zasiadł także na fotelu reżysera. Biorąc pod uwagę, że twórcy tego typu produkcji rzucają bohaterów najczęściej w centrum miast, jest to całkiem ciekawa odmiana. Lepiej jednak nie pokazywać tego obrazu znajomym, których chcecie po raz pierwszy wyciągnąć z domu na białe szaleństwo...

Gdzieś na szczycie ośnieżonej góry odnajdzie się każdy fan takich perełek jak Zombiebobry. Atak tyrolskich zombie nawet przez chwilę nie udaje, że jest czymś więcej niż kolejną wariacją oklepanego bądź co bądź tematu żywych trupów. Dzięki temu nie przeszkadza lekka „przaśność” obrazu oraz drętwa gra aktorów, których silny niemiecki akcent lepiej traktować jako mrugnięcie okiem w stronę widza, niż próbę zgwałcenia zmysłu słuchu.

Jak mawiał klasyk – w tym szaleństwie jest metoda – szkoda jednak, że autorzy tego filmu nie pokusili się o odrobinę więcej... wszystkiego. Kiedy akcja zaczyna naprawdę przyspieszać, tempo filmu nagle zwalnia – zupełnie niepotrzebnie. Podobnie jest z humorem – twórcy w kilku momentach zamiast puścić wodze wyobraźni, wyraźnie hamują. Co gorsza, znalazło się tu kilka tzw. „żartów”, które nie rozbawią chyba nawet Niemców.

Historia filmu jest prosta, a do bohaterów nie ma co się specjalnie przywiązywać, gdyż większość z nich szybko kończy rozszarpana przez wygłodniałych przedstawicieli gatunku martwych narciarzy. Warto jedynie odnotować, że za rozprzestrzenienie się plagi żywych trupów odpowiada maszyna do produkcji sztucznego śniegu, która miała stanowić lekarstwo na globalne ocieplenie. Jak to zwykle bywa - „coś poszło nie tak” - i grupka amatorów białego puchu musi walczyć o życie w, delikatnie mówiąc, niesprzyjających warunkach.

W ostatecznym rozrachunku Atak tyrolskich zombie to typowy przedstawiciel kina klasy B. Jako biedniejszy kuzyn Zombieland nawet daje radę. Może też stanowić „zajawkowy” seans przed kolejnym wypadem na deskę. Znajdzie się tu także kilka przezabawnych scen, takich jak ta z tańczącymi zombiakami. Warto dać im szansę! 

Korekta: Aleksandra Wierzbińska


blog comments powered by Disqus