"Baby Driver" - recenzja filmu

Jazda bez trzymanki

baby driver recenzjaLetnie miesiące to sezon żniw nie tylko dla rolników, ale i przemysłu filmowego. Duże studia z pełną świadomością zalewają więc kina licznymi tytułami, nierzadko będącymi nastawionymi na zysk półproduktami. W tym roku na ratunek przyszedł Edgar Wright. Śmiem twierdzić, że przebojowym Baby Driverem nie tylko tchnął nową energię w nieco wytarty już gatunek heist movie, ale i uratował filmowe wakacje.  

Baby (Ansel Elgort) to dobry chłopak z szemraną przeszłością. Przewinienie sprzed lat rekompensuje pomagając przestępcom w napadach. Od świata izoluje go muzyka zagłuszająca natrętne szumy – przykrą konsekwencję wypadku, w którym zginęli jego rodzice. Kiedy poznaje Deborah (Lily James), dziewczynę swoich marzeń, bez wahania podejmuje decyzję o porzuceniu brudnego biznesu. Szybko okazuje się, że na drodze do wolności stanie mu nie tylko mafijny boss (znakomity Kevin Spacey)…

baby driver recenzja

Jeśli zarys historii Baby Drivera wydaje się wam dość banalny, macie rację. Wright operuje bowiem skrótami fabularnymi, oszczędzając sobie (i widzom) rozległego zaplecza narracyjnego. Skromny zalążek stanowi jedynie pretekst do serii szaleńczych pościgów, przerysowanych strzelanin i gatunkowej żonglerki.  Reżyser, podobnie jak tytułowy bohater, wciska gaz do dechy, zabierając widza w wysokooktanową przejażdżkę przez doskonale znane każdemu kinomanowi tropy i klisze. I o ile w innych rękach zapewne wydawałoby się to męcząco odtwórcze, w przypadku Baby Drivera mieszanka zręcznego recyklingu motywów i fenomenalnego opakowania audiowizualnego działa nadzwyczaj skutecznie.

Paliwem wariackiej akcji jest mistrzowsko dobrany soundtrack. Kolejne utwory wypełniają wolne przestrzenie pozostawione przez oszczędny scenariusz, rozwijając akcję. I mimo że sam film musicalem de facto nie jest, muzyczna materia stanowi jego serce. Towarzyszy jej dynamiczny montaż. Ujęcia cięte są w rytm utworów, nadając sekwencjom unikatowe tempo, które w przyszłości może okazać się znakiem rozpoznawczym Baby Drivera

baby driver recenzja gildia

Najnowszy film Edgara Wrighta pozbawiony jest za to charakterystycznego dla tego reżysera elementu pastiszu. Owszem, kreowane postacie są przerysowane, ocierające się wręcz o karykaturę (warto tu wspomnieć świetne role Jona Hamma i Jamiego Foxxa), a sama opowieść snuta jest – do pewnego momentu – w klimacie kumpelskiej przygody. Jednak co i rusz przypomina się widzowi, jak brudne jest to otoczenie, a zagrożenie czyhające na każdym rogu – realne.

Nieczęsto zdarza mi się doceniać filmy, które trącącą banałem fabułę potrafią obronić audiowizualną maestrią. Jeszcze rzadziej zdarza się, by finalny produkt doskonale oddawał to, co zapowiadał jego zwiastun. Udało się to Edgarowi Wrightowi – po seansie Baby Drivera nie czułam się bowiem ani oburzona, ani oszukana. Wręcz przeciwnie – z kina wyszłam z uśmiechem na twarzy i pulsującą w żyłach adrenaliną. W głowie za to miałam jedną myśl: to po prostu cholernie dobre kino rozrywkowe.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus