"Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" - zbiorcze podsumowanie Gildii Filmu

Autor: Redakcja

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości to jedna z największych i najbardziej dzielących publiczność tegorocznych premier kinowych. Postanowiliśmy więc tym razem zrezygnować ze standardowej formy recenzji i przygotować specjalny wielogłos, w którym pięciu naszych redaktorów oceni najnowszą produkcję Zacka Snydera!

Bóg kontra człowiek

Pierwsza z filmowych potyczek superbohaterów za nami. Trzeba przyznać, że Zack Snyder spisał się... może nie na medal, bo filmowi dużo brakuje do świetności, jaką zyskała pierwsza części Avengers – ale na pewno wiele wniósł do kanonu DC swoim nowym obrazem. A w samej produkcji dzieje się, oj dzieje. Mnóstwo wybuchów, jeszcze więcej zniszczeń (w końcu trudno walczyć z przeciwnikiem unikając takowych), więcej dramatyzmu. Czy Ben Affleck dał radę jako nowy Batman? Tak, jednak daleko mu do swojego poprzednika - Christiana Bale’a. Tak samo nie każdemu przypadnie do gustu żądna krwi postać Supermana – mrok jak najbardziej, ale obłąkanie – nie.

Problem pojawił się także z głównym złoczyńcą filmu - Lexem Luthorem. O ile Jesse Eisenberg jest dobrym aktorem i w Świcie sprawiedliwości oddał obłąkanie i zdziwaczenie swojej postaci, o tyle właśnie przez to bliżej Lexowi było do Jokera. Postać czarnego charakteru odarto z tego, z czego znają go fani komiksów czy filmów animowanych DC. Powstało coś dziwnego, coś, co nie jest Lexem. A szkoda, bo Snyder miał spore pole do popisu, jeśli chodzi o kreację tego antybohatera.

Monika Doerre

Epicka katastrofa

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości kojarzy mi się z przygotowywaniem przeze mnie dania kuchni chińskiej. Nie jestem wybitnym kucharzem, więc żeby dodać tej potrawie smaku, wrzucam wszystkie przyprawy, jakie mam pod ręką. Niby całkiem smaczne, ale z prawdziwą kuchnia orientalną niewiele ma to wspólnego. Podobnie jest z obrazem Zacka Snydera, który jest zlepkiem wielu wątków, zróżnicowanej stylistyki, wyjątkowo słabego scenariusza i zjawiskowych scen akcji. Słowem - nieudaną próbą zrobienia kolejnej części Watchmen: Strażnicy.

To, że Zack Snyder jest typowym reżyserem-fanboyem nikogo chyba nie zdziwi. Nikt również nie spodziewał się po jego najnowszym filmie błyskotliwej i inteligentnej ekranizacji komiksu, jak to było w przypadku obrazów Christophera Nolana. Nie potrafię zrozumieć rozczarowanych krytyków, oczekujących po Batman v Superman czegoś więcej niż spektakularnej „rozwałki” na ekranie, w czym Snyder jest wręcz genialny.

Szczątkowy i łopatologiczny scenariusz jest dla Snydera wyłącznie pretekstem do kolejnych scen akcji, a intryga jest tak nielogiczna i szyta grubymi nićmi, że dzieciak siedzący obok od razu orientuje się, kto jest odpowiedzialny za całe zamieszanie. To wszystko sprawia, że filmowi herosi są równie silni, co naiwni. Najgorsze jest jednak to, że Snyderowi wydaje się, że jest wizjonerem kina, łączącym freudowską koncepcję snu z widowiskowym kinem akcji. Jednak jeśli obniżymy nasze oczekiwania wobec filmu i poziom logicznego myślenia, to okazuje się, że…

Batman v Superman to fantastyczna rozrywka, w której znajdziemy świetny, mroczny klimat komiksu; charakterystyczną, pompatyczną muzykę Hansa Zimmera, doskonałe kreacje aktorskie i zapierające dech w piersiach efekty specjalne. Sekwencję pojedynku Batmana z Supermanem można określić tylko jednym słowem: EPICKA. To spełnienie marzeń każdego fana; wielu z nich po seansie zapewne z uśmiechem stwierdziło, że teraz już widzieli wszystko i mogą umrzeć. Można Snyderowi zarzucić wiele, ale nie ma drugiego takiego reżysera, który byłby w równym stopniu geniuszem zniszczenia. Finał produkcji został nakręcony z takim polotem i rozmachem, że zapominamy o wyjątkowo kiepskiej pierwszej połowie filmu.

Affleck to zdecydowanie najlepszy odtwórca roli Batmana. To Mroczny Rycerz jakiego zawsze oczekiwaliśmy. Jest przypakowanym, mrocznym i złym sukinsynem, który nie patyczkuje się ze swoimi ofiarami. W jego kreacji nie znajdziemy również miejsca na rzucanie sucharami (ciężki klimat rozładowują nieco żarty filmowego Alfreda). Aktor doskonale sprawdza się także w scenach akcji, gdzie prezentuje się niezwykle naturalnie i realistycznie.

Problemem jest jednak Gal Gadot jako Wonder Woman. Jej kreacja może doprowadzić do… wielu kłótni w związkach oraz zwiększonej sprzedaży chusteczek higienicznych wśród nastolatków. Gadot jest po prostu zjawiskowo piękną i seksowną kobietą, która doskonale sprawdza się jako całkiem zdolna aktorka i pełna seksapilu księżniczka Amazonek.

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości to jeden z najgłupszych filmów jakie widziałem, jednak strona wizualna, klimat i zjawiskowe efekty specjalne przykrywają wszelkie niedostatki obrazu Snydera. Musicie to zobaczyć!

Mateusz Michałek

Batman v Superman v Wonder Woman v Lex Luthor v Doomsday v …

Zapoznawszy się z kilkoma zagranicznymi recenzjami Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, szedłem na pokaz filmu z radosnym przekonaniem, że oto przede mną kolejna okazja do napisania pełnego jadu, zgryźliwego tekstu. Tym bardziej, że fanem kina superbohaterskiego nie jestem, a epickie zwiastuny najnowszej produkcji Zacka Snydera w najlepszym wypadku nie napawały mnie optymizmem. Choć przyznam, że spotkanie Lexa, Bruce’a i Clarka „w cywilu” podczas imprezy u tego pierwszego, dawało nadzieję na nieco świeższe spojrzenie w temacie facetów w kolorowych rajtuzach.

Ostatecznie jednak Batman v Superman nie jest filmem aż tak tragicznym, jak kreowały go na początku zachodnie media – podoba się widzom, o czym świadczyć może choćby uzbieranie 500 milionów dolarów w 5 dni od premiery. Obsada może wywołać u kinomana jęk zachwytu, a ścieżka dźwiękowa przygotowana przez Junkie XL (ten od Mad Max: Na drodze gniewu) i Hansa Zimmera (ten od wszystkiego innego) po prostu wgniata w fotel – szczególnie w IMAXie. Niezbyt nowatorska, ale i nie oklepana problematyka filmu skupia się na niebezpieczeństwach związanych z nadmiarem władzy, siły i wiedzy. Choć preferuję superbohaterów z jajem i dużym dystansem (patrz: Deadpool), to ultrapoważny ton i bardzo mroczny, wręcz depresyjny klimat Batman v Superman naprawdę mi się podobał.

Niestety, obraz Snydera ma również wady. Bardzo dużo wad. Twórcy starali się pokazać kilka historii w jednym filmie, najwyraźniej nie mogąc zdecydować się, która z nich jest najważniejsza. Liczne wątki poboczne i występy gościnne superbohaterów innych niż tytułowi zostały wepchnięte na siłę, co jeszcze bardziej rozbijało kompozycję, i tak już poszatkowaną przez senne majaki postaci. Szkoda też, że kluczowy przecież pojedynek dwóch herosów trwa tak krótko i zostaje przyćmiony przez wypełnioną błyskawicami walkę z wielką komputerową kreaturą. Seans psuje też wrażenie, że to, co widzimy, jest tylko wstępem do większej historii, a nie historią samą w sobie.

Zack Snyder mógł nakręcić najlepszy film o superbohaterach. Miał na to materiał, jednak Batman v Superman i Świt sprawiedliwości powinny zostać zrealizowane jako dwie osobne opowieści. Tylko wtedy zarówno epickie starcie dwóch bohaterów, jak i geneza Ligi Sprawiedliwości nabrałyby spójności i większego sensu. Batman v Superman to film dobry, ale tylko dobry, gdyż zmarnowano w nim potencjał na prawdziwie nową jakość.

Michał Ostiak

Zbuntowany v anioł: wojenka superbohaterów

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości wzbudził wiele mieszanych opinii zarówno pośród krytyków, jak i fanów superbohaterów. Warto podkreślić, że widzowie wydają się traktować film dużo bardziej życzliwym okiem niż recenzenci i śpieszą tłumnie do kin. Świadczą o tym wysokie wpływy z biletów w krótkim czasie po premierze – film zarobił już ponad 500 milionów dolarów na całym świecie. Kontynuacja Człowieka ze stali próbuje być odpowiedzią DC i Warnera na święcący triumfy pochód marvelowskiego uniwersum kinowego. Jednocześnie jest to film, który stara się zaspokoić apetyty widzów od lat czekających na pojedynek dwóch największych ikon DC Comics. W moim odczuciu wyszło całkiem nieźle.

Należy przede wszystkim pochwalić Bena Afflecka, który zebrał swego czasu potężną falę krytyki po ogłoszeniu jego roli w filmie – obawiano się, że po słabo przyjętym Daredevilu z 2003 roku aktor pogrąży się również jako Batman. Tymczasem okazało się, że Affleck znakomicie wszedł w skórę zarówno Bruce'a Wayne'a, jak i jego zamaskowanego alter ego. Jego Nietoperz z Gotham jest wysoki, postawny, silny i brutalny, udanie łączący w sobie elementy zmęczonego życiem bohatera z Powrotu Mrocznego Rycerza Franka Millera ze zwinnym i hipersprawnym Gackiem z serii gier Batman: Arkham, rozprawiając się z przestępcami w bardzo widowiskowy i skuteczny sposób.

Równie świetna jest zjawiskowa Gal Gadot – przepiękna i dystyngowana jako Diana Prince, silna i skuteczna jako Wonder Woman. Debiut tej postaci na dużym ekranie budzi spore nadzieje i oczekiwania w związku z przyszłorocznym filmem opowiadającym o wojowniczej Amazonce. Sporo dobrego można powiedzieć też o Jessem Eisenbergu, który interesująco portretuje Lexa Luthora, świetnego manipulatora i wielkiego neurotyka, pragnącego zlikwidować zagrożenie, jakim jest według niego Superman. Jeremy Irons jako Alfred Pennyworth to oczywiście klasa sama w sobie.

Fabuła filmu jest mocno przeładowana i spokojnie można byłoby zrobić z niej dwa, a nawet trzy osobne filmy. Widać, że scenarzyści starali się wpakować w film ile się tylko da. Można poczuć się zdezorientowanym wskutek częstego skakania między scenami. Mimo ogólnej krytyki jestem zdania, że umiejętnie dopasowano przeróżne wątki i nie odczułem, aby wątek fabularny był poszatkowany.

Największy pojedynek gladiatorów w historii jest efektowny i w wielu aspektach taki, jakiego należałoby oczekiwać – jako że Batman jako człowiek nie ma szans w starciu z nadludzko silnym kosmitą z planety Krypton, musi mieć plan B (i kilka innych) w zanadrzu. Jeśli chodzi o powody do walki oraz do jej zakończenia, wypadają one całkiem wiarygodnie, choć można mieć do nich szereg zastrzeżeń.

Miłośnicy komiksów oraz łowcy easter eggów mają pole do popisu – wysmakowany wizualnie obraz Zacka Snydera kryje w sobie kadry znane z Powrotu Mrocznego Rycerza oraz nawiązuje do innych scen komiksowych, ponadto jest konkretnie „dopakowany” przeróżnymi smaczkami i ciekawostkami. W tym miejscu pragnę pochwalić marketingowców, że – choć w trailerach zaspoilowali sporo – to w trakcie seansu dane nam będzie zaskoczyć się nie raz.

Ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera oraz Junkie XL nie jest może genialna, ale w wielu miejscach wypada nader udanie. Żałuję, że nie będzie nam dane już usłyszeć Zimmera w kinie superbohaterskim – kompozytor ogłosił niedawno rezygnację z tworzenia muzyki do takich filmów.

Dwie i pół godziny nie dłuży się ani trochę, bowiem Batman v Superman wciąga niesamowicie. Czekam z utęsknieniem na wydanie filmu na rynek kina domowego, gdzie ma podobno pojawić się wersja reżyserska. Póki co, pozostaje mi seans w kinie po raz drugi. A może także trzeci. I kolejne... Póki co, ode mnie, po pierwszym seansie - 10/10. Dobre wrażenie przyćmiewa zauważone drobne wady.

Marek Kamiński

Przesadzony “hejt”

Wiele negatywnych ocen odnośnie Batman v Superman było trochę przesadzonych. Nie jest to produkcja idealna - do takiej jej bardzo daleko, lecz nie powinno się mówić o kompletnym gniocie. Owszem, realizacja trochę kuleje. W filmie można znaleźć sporo zbędnych elementów, jak chociażby fragmenty w  zwolnionym tempie. W scenariuszu też znalazły się dość głupie błędy: cały spisek, który prowadzi do tytułowego starcia, widz rozwikła bez większych problemów, a Batman (Ben Affleck) kompletnie ignoruje oczywiste fakty. Jest jeszcze problem obsady tyczący się głównie roli Lexa Luthora granego przez Jessiego Eisenberga. Ta wersja postaci jest zwyczajnie dziwna; zamiast wyrachowanego geniusza zbrodni dążącego do całkowitej władzy dostajemy obłąkańca z obsesją na punkcie Supermana (Henry Cavill).

Do zalet filmu należy zaliczyć trzy elementy: efekty specjalne, Bena Afflecka jako Batmana i część postaci drugoplanowych. Walka między herosami została zrobiona naprawdę dobrze i z rozmachem. Gdyby ktoś próbował przedstawić to starcie w skromniejszy sposób mógłby zepsuć efekt końcowy. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem okazał się nowy Batman. Ben Affleck przekonująco zaprezentował się jako Mroczny Rycerz i sceny z jego udziałem trzeba uznać za duży plus. Z ról drugoplanowych warto docenić głównie Gal Gadot jako Wonder Woman i Alfreda granego przez Jeremy’ego Ironsa. Choć te postacie nie miały zbyt dużo czasu ekranowego (Alfreda w filmie było więcej), to i tak zrobiły świetne wrażenie. Godna uwagi jest zwłaszcza Gal Gadot, gdyż jako księżniczka Amazonek wypada na tyle dobrze, że aż warto poczekać na jej własny film.

Podsumowując, Batman v Superman: Świt sprawiedliwości to nie taka do końca zła produkcja, która powinna być jednak o wiele lepsza.  

Krzysiek Płociński

Dwa supergrzyby w barszcz

Nowy film o przygodach bohaterów ze świata DC jest dokładnie taki, jak się zapowiadał – widowiskowy, ale przeładowany. Warner za wszelką cenę usiłuje dogonić Disneya w kwestii budowy filmowego uniwersum herosów w kostiumach, ale wyraźnie dostaje przy tym zadyszki i potyka się o własne nogi.

W kwestii fabuły, oprawy wizualnej czy efektów specjalnych ten obraz nie jest zły. Nie jest też jednak niczym specjalnym. Ot, taki epicki blockbuster drugiej ligi, o którym można by szybko zapomnieć. Problemem jest jednak to, że Zack Snyder z ekipą próbowali na raz chwycić za dużo srok za ogon. Batman i Superman – ok. Nawet z Wonder Woman i Lexem Luthorem ma to sens. Ale już wciskanie tam Doomsdaya oraz jeszcze kilku innych postaci to stanowcza przesada. Dla niezorientowanego widza są rozpraszającym elementem niepotrzebnie gmatwającym i tak poszatkowaną i nielogiczną historię, dla fana – banalnym i nieciekawym easter eggiem bez polotu. Koniec końców, BvS to nie Green Lantern, ale z pewnością też nie Mroczny Rycerz. Ot, taka efekciarska wydmuszka, odpowiednik marvelowskiego Czasu Ultrona.

Damian "Nox" Lesicki

 


blog comments powered by Disqus