"Baywatch. Słoneczny patrol" - recenzja fimu

I pobiegli w stronę pola złotych malin 

Ze Słonecznym Patrolem zetknął się chyba każdy, kto w miarę świadomie przeżył przełom wieków. W zbiorowej pamięci na stałe wszak zagościł widok opiętych czerwonych spandeksem piersi Pameli Anderson żwawo (choć w zwolnionym tempie) biegnącej brzegiem piaszczystej plaży. Serial o grupie ratowników okazał się prawdziwym popkulturowym fenomenem – na tyle wielkim, by ponad piętnaście lat po emisji ostatniego odcinka na ekranach kin zagościł inspirowany nim film.

„Porucznik” Mitch Buchannon (Dwayne „The Rock” Johnson) bardzo poważnie podchodzi do swoich obowiązków. Praca ratownika to w końcu ciężki kawałek chleba – wszak na szali znajduje się ludzkie życie. Relatywnie sielską atmosferę przerywa przyjazd Matta Brody’ego (powracający do łask Zac Efron) – medalisty olimpijskiego i skandalisty, który pod czujnym okiem Mitcha ma odbyć sądowy wyrok. Wkrótce ratownicy wpadają na trop szajki przemycającej narkotyki.

Nie oszukujmy się – od wakacyjnych blockbusterów nikt nie oczekuje koherentnych intryg i głębokich rozważań filozoficznych. Dlatego też można przymknąć oko na płytką, dziurawą fabułę, zamiast tego skupiając się na walorach rozrywkowych produkcji. Te docenią przede wszystkim mało wymagający widzowie, spragnieni kawałka nagiej skóry i rynsztokowego humoru. Tego we współczesnej inkarnacji Słonecznego patrolu nie brakuje. Zabrakło za to pomysłu na spójną całość. Twórcy nie mogli chyba się zdecydować, czy chcą pójść w stronę jajcarskiej metaparodii, czy też widowiskowej sensacji. Finalnie otrzymaliśmy twór chaotyczny i nierówny, taplający się w bajorze sucharów i efektów specjalnych tak złych, że nie mogły być tworzone na poważnie (tudzież na trzeźwo).

W filmie Setha Gordona da się jednak dostrzec potencjał na całkiem udaną komedię. Kryje się on przede wszystkim w metatekstowych oczkach co i rusz puszczanych w stronę widzów – czy to dobroduszne odwołania do oryginalnej serii, czy też przeszłości Efrona, który popularność zdobył w produkcjach studia spod znaku pewnego gryzonia. Są to jednak pojedyncze wtrącenia. Wydaje się, że scenarzyści doskonale zdawali sobie sprawę z kuriozalnej formuły serialu, wszystko podnosząc tu do kwadratu. Wszechobecna emfaza i kipiący charyzmą Dwayne (hollywoodzki święty od spraw beznadziejnych) nie wystarczyły jednak, by chcieć do Słonecznego patrolu wracać. Ba, trudno wytrwać do końca nawet przy pierwszym podejściu.

Baywatch odczytywać można dwojako – albo jako film bardzo nieudany, albo kampowy pastisz zrealizowany z dystansem i pełną świadomością durnej konwencji. Chcąc przyjąć tę drugą interpretację należy jednak pamiętać, że naklejka z napisem „meta” nie jest równoznaczna z certyfikatem wysokiej jakości. I choć film miewa przebłyski, toną one w oceanie kloacznych gagów i niesmacznych aluzji.  Słowem – nie warto.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus