"Piękna i Bestia" - recenzja filmu

Piękno bestii

Piękna i bestia recenzjaFrancuska baśń La Belle et la Bête jest jedną z najbardziej znanych (i najchętniej chyba ekranizowanych) w całej Europie. Pierwowzór, opracowany i wydany drukiem już w roku 1740 przez francuską powieściopisarkę, Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve, został poprawiony i skrócony przez kolejną Francuzkę – Jeanne Marie LePrince de Beaumont. I to właśnie jej wersja, drukowana wielokrotnie od 1756 roku, przyczyniła się do wielkiej popularności utworu na kontynencie. Studio Disneya, w swojej ekranizacji z 1991 roku, dokonało kolejnych zmian i jeszcze bardziej uprościło opowieść, pozostawiając jednak wyraźny przekaz zawarty w historii. Film Billa Condona to z kolei niemal wierna adaptacja kreskówki.

Jest więc główna bohaterka (Emma Watson, która dodatkowo „rozsławiła” obraz „feministyczną” sesją zdjęciową) – marzycielka o otwartym umyśle, praktyczna jednak i stojąca twardo na ziemi (do tego wyróżniająca się „normalnością” stroju i wyglądu w ogóle oraz zamiłowaniem do inżynierii). Jest jej ojciec (Kevin Kline) – pochłonięty pasją wynalazca, o którego codzienne potrzeby dba córka, bowiem rodzina jest niepełna. Społeczność wioski (choć z wyglądu zdecydowanie miasteczka), w której mieszkają – przerysowana w odbiorze, choć w zamyśle prosta i zadowolona ze swojego sielskiego życia, a przy tym nienawykła do tych, którzy się w jakikolwiek sposób wyróżniają (i tu zgrzyta trochę czarnoskóry aktor grający pastora). Gaston (świetny Luke Evans), który pewnością siebie i umiłowaniem własnej osoby mógłby obdzielić pół świata, i doskonale sportretowany Le Fou, jego wierny kompan (brawa dla Josha Gada!). Zresztą – pozostała obsada to również plejada gwiazd, żeby wymienić tylko: Ewana McGregora, Stanleya Tucci, Iana McKellena czy Emmę Thompson.

Do tego naprawdę wspaniałe, iście bajkowe: scenografia, kostiumy, charakteryzacja. Lekko (bądź bardziej, by podkreślić „zwyczajność”, a jednocześnie wyjątkowość Belli) przerysowane, ale nadal urokliwe. Rozmach przy wspaniałości krajobrazów czy zamku, ale jednocześnie wyjątkowo dopracowane detale, przyciągające wzrok drobiazgi. Feeria barw, wzorów, faktur, kształtów, dźwięków. Film to istna uczta dla zmysłów, na dodatek z pięknym, poruszającym przesłaniem, nie spłyconym bynajmniej przez bajkowy przekaz. Kwiaty, stroje, biżuteria, meble, świeczniki, broń – wszystko jest cudne, pełne wdzięku, precyzji i poetyki.

Niezwykle uroczy jest także francuski akcent postaci i wplecione w dialogi oraz piosenki zwroty z języka Molière’a, a scena na schodach, przed balem, wyciska łzy wzruszenia z oczu. Ekranizacja obfituje w wiele smaczków typu „kuchnia francuska jest najlepsza na świecie”, „coming out” czy modne obecnie kolczyki, zbliżone wyglądem do zausznic (nomen omen – ich przodkiń). Poruszającym elementem jest grany w trakcie napisów końcowych utwór "How Does a Moment Last Forever" w wykonaniu Céline Dion, kanadyjskiej artystki, która (w duecie z Peabo Brysonem) śpiewała tytułową piosenkę do rysunkowej wersji bajki (nagrodzoną w 1992 roku Grammy). Nie sposób zresztą nie wspomnieć o czarującej ścieżce dźwiękowej, która doskonale współgra z urodą baśni. Również w tym wypadku postarano się, by muzyka z wersji aktorskiej wersji filmu oparta była na oryginale pochodzącym z animacji (nową odsłonę "Beauty and the Beast" słyszymy w wykonaniu Ariany Grande i Johna Legend).

Tak, w filmie jest kilka potknięć (od ataku wilków, przez kwestię wiernego konia, czekającego na Bellę, po brak logiki dotyczący czasu uwięzienia mieszkańców zamku), ale kto by zwracał na to uwagę, kiedy z ekranu spływa na nas magia w czystej postaci?

Reasumując, jest to pozycja dla wszystkich: dużych i małych, wielbicieli bajek i produkcji disneyowskich oraz filmów z pięknym, radosnym przesłaniem, które ostatnio są coraz bardziej potrzebne.

Korekta: Marek Kamiński


blog comments powered by Disqus