"Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów" - recenzja filmu

Autor: osti

Kłopoty w raju?

Każdy kolejny film Marvela jest trochę jak następne generacje sprzętu Apple. „Taki sam, ale inny, ale ciągle ten sam.” Oczywiście dla jednych będzie to zaletą, inni zaś będą niemiłosiernie besztać takie podejście do klienta.

Można próbować przejść do defensywy i bronić Marvela. Każda z ich produkcji stara się mieć chociaż jedną cechę dystynktywną, coś, co wyróżnia ją spośród innych. Niektóre są bardziej nastawione na humor (Ant-Man, Strażnicy Galaktyki), zdarzają się także wariacje na temat kina szpiegowskiego (Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz) oraz masowa rozpierducha z udziałem kilku superbohaterów (Avengers). Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów mocno osadzony jest w ostatniej z omawianych opcji.

Film zaczyna też oficjalnie tzw. trzecią fazę Marvela. Trudno jednak nazwać go jakimś otwarciem czy początkiem. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że bez znajomości filmów Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz oraz Avengers: Czas Ultrona, niezorientowany widz może czuć się mocno zagubiony w mnogości postaci i powiązań między nimi. Sporo uciechy znajdą jednak wierni fani, którzy znajdą w produkcji wiele smaczków oraz poznają dalsze losy swoich ulubionych herosów.

Największą konsternację w nowej produkcji spod znaku Marvela wzbudza chyba jej tytuł. Kapitan Ameryka teoretycznie gra tutaj pierwsze skrzypce, ale biorąc pod uwagę rozmach całej orkiestry, jest on zaledwie ważnym elementem większej układanki, a nie jej centralnym punktem. Również określenie „wojna bohaterów”, gdyby się nad nim głębiej zastanowić, wywołuje raczej pusty śmiech. Znacznie lepiej do obrazu pasowałby tytuł „potyczka” lub wręcz „nieporozumienie”.

Do tej pory postaci ukazywane przez Marvela były raczej jednowymiarowe. Teraz jest podobnie, jednak rozłam wewnątrz grupy Avengersów znacznie skomplikował relacje między naszymi milusińskimi, sprawiając, że Wojna bohaterów jest pod tym względem bogatsza od poprzedników. Jakby tego było mało, sporo czasu poświęcono nowym twarzom, które nie zasługują na nic innego oprócz braw. Tom Holland jako Spider-Man jest absolutnie genialny i wprowadza do filmu spory ładunek humoru (oraz seksowną Marisę Tomei w roli cioci May). Pochwalić należy też Chadwicka Bosemana, którego kreacja Czarnej Pantery (choć brzmi to rasistowsko) urozmaiciła koloryt marvelowskich superbohaterów.

Niektórym rozczarowujący może wydać się czarny charakter. Nie należy jednak zapominać, że osią fabuły od początku miał być konflikt wewnątrz grupy, a nie walka z czynnikiem zewnętrznym. Poza tym, postać zagrana przez Daniela Bruhla jest człowiekiem z krwi i kości, który nie miałby szans w bezpośrednim starciu z żadnym z Avengersów. Gdyby nie napędzało go jakże oklepane już paliwo (czyli standardowy motyw zemsty) mógłby to być jeden z najciekawszych złoczyńców.

Tak naprawdę Wojna bohaterów rozważa te same kwestie co Batman v Superman: Świt sprawiedliwości. Twórcy tegorocznych hitów kina spod znaku powiewającej na wietrze peleryny zadają trudne pytania, nie mając jednak jaj, aby udzielić na nie jednoznacznej odpowiedzi. Zarówno Zack Snyder, jak i bracia Russo, podają wiele celnych argumentów w temacie potencjalnego ograniczania potęgi superbohaterów i ich odpowiedzialności za własne czyny. Niby fajnie, że widz może sam zadecydować co bardziej mu pasuje, ale filmowe widowiska mocno na tym tracą. Szumnie zapowiadane starcia ostatecznie kończą się przyjaznym poklepaniem po plecach, np. gdy Batman kompletnie zmienia swój stosunek do Supermana dowiadując się, że tamten również ma matkę o imieniu Martha. Niestety, w Wojnie bohaterów jest dość podobnie...

Skonfrontowanie ze sobą kultowych postaci to za mało, aby obalić argument o klepaniu filmów na jedno kopyto, jednak w sam raz, by przyciągnąć do kin ciągle rosnącą rzeszę fanów tego ciekawego uniwersum. Podobnie jak w przypadku Batman v Superman: Świt sprawiedliwości można za to mówić o zmarnowanym potencjale. Intrygujące zagadnienia zostają przed widzem nakreślone w barwny i dający do myślenia sposób, by po chwili zostać sprowadzone do prostackiego lania się po mordach.

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów to prawdziwa gratka dla fanów komiksowego świata Marvela. Ulubieni herosi są w świetnej formie, do tego jest ich coraz więcej, obsadzonych przez ciekawych aktorów. Jakby tego było mało, nadmiar złej energii skutecznie rozładowuje dobrze wyważony humor i lekkostrawna forma dzieła. Współczesny odbiorca kultury masowej raczej przyzwyczaja się już powoli do tego cyklu: co roku dostajemy kolejne sezony ulubionych seriali, kolejną część Call of Duty, kolejny sprzęt od Apple i kolejne filmy od Marvela. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów nie jest więc żadną rewolucją, ale też nie można nazwać go stratą czasu. Rzetelne kino superbohaterskie, które można jednak równie dobrze zastąpić którąś z poprzednich części.


blog comments powered by Disqus