Odpocznij wujcio, idzie nowe – recenzja filmu "Creed: Narodziny legendy"

Autor: osti

Przeciąganie w nieskończoność kultowych serii, które przyniosły Sylvestrowi Stallone sławę, mogło tylko zaszkodzić jego wizerunkowi. I choć Rocky Balboa i John Rambo z 2006 i 2008 roku nie były tragiczne, lekki niesmak pozostał. Także niespodziewanie udani Niezniszczalni za sprawą trzeciej części złapali sporą zadyszkę, stąd oczekiwania wobec kolejnej już odsłony losów bokserskiego mistrza nie były, delikatnie mówiąc, zbyt wygórowane.

Twórcy filmu Creed: Narodziny legendy zastosowali podobne rozwiązania, co autorzy innych powrotów znanych serii: Gwiezdnych wojen, Jurassic World czy Terminatora: Genisys. Podobnie jak wymienione produkcje, kolejna część przygód Rocky’ego Balboa stanowi coś pomiędzy kontynuacją i rebootem. Pierwsze skrzypce przejmują zupełnie nowi bohaterowie, rozwijana jest całkiem nowa historia, jednak wszystko odbywa się jako naturalna konsekwencja tego, co widzowie mogli zobaczyć wcześniej.

O ile Alan Taylor zszargał legendę Terminatora, grzebiąc ją głęboko pod ziemią, Colin Trevorrow swoim Jurassic World oraz J.J. Abrams w Przebudzeniu Mocy po prostu przepisali scenariusze dawnych hitów (co akurat niektórym nawet nie przeszkadza). Pracując nad Creedem, Ryan Coogler osiągnął chyba najlepsze efekty. Choć schemat każdego filmu o profesjonalnych bokserach jest podobny, widz nie ma tutaj wrażenia déjà vu, produkcja nie wykorzystuje też brutalnie sentymentu do klasyka sprzed lat.

Wszystko jest w Narodzinach legendy dobrze wyważone: bohaterowie nie są ani zbyt schematyczni, ani przesadnie skomplikowani. Historia młodego pięściarza nie jest może oryginalna, ale scenariusz często urozmaica ją ciekawymi postaciami drugoplanowymi oraz wątkiem miłosnym i motywami: walki z chorobą czy szukaniem własnej tożsamości. Nawet zdjęcia i ścieżka dźwiękowa idą na zdroworozsądkowy kompromis: podczas bokserskich pojedynków kamera raz oddala się od zawodników, by za chwilę z bardzo bliska pokazać ich mimikę. W tle przygrywa miks muzyki elektronicznej, rapu oraz klasycznych motywów, znanych z poprzednich odsłon serii.

Film bardzo przyzwoicie prezentuje się od strony warsztatu aktorskiego. Każdy przeciwnik Adonisa Johnsona/Creeda ma w sobie coś charakterystycznego, zaś sam główny bohater przyciąga do ekranu i budzi sympatię. Umięśnione ciało Michaela B. Jordana świetnie współgra z jego niemalże chłopięcym urokiem, co sprawia, że kradnie dla siebie niemal całe widowisko. Nie mniej charyzmy ma w sobie Tessa Thompson, która (będąc drugoplanową postacią) pozostaje w pamięci jako ważny element historii.

Na osobny akapit zasługuje Sylvester Stallone – aktor chyba po raz pierwszy musiał zagrać kogoś więcej niż nie-aż-tak-tępego mięśniaka i naprawdę mu się to udało! Rola poczciwego dziadka (czy raczej ”wujcia”) niesie ze sobą zaskakująco duży ładunek ciepła i jest przy tym niespodziewanie wiarygodna. Widz dosłownie widzi, że Stallone świetnie bawił się na planie, ukazując lekkie dziwactwa starzejącej się legendy boksu. Po drętwym występie w Niezniszczalnych 3, nominacja do Złotej Maliny za ”Odzyskany honor” jest jak najbardziej zasłużona.

Adonis Johnson raczej nie będzie dla młodego pokolenia tym, kim stał się Rocky Balboa. W tematyce sportowej kino powiedziało już w zasadzie wszystko i próżno szukać tutaj jakiejś oryginalności (co doskonale pokazał świetny, ale nie wybitny Ze wszystkich sił). Mimo to, Creed. Narodziny legendy to  kawał rzetelnego filmu, a gdyby spojrzeć na ostatnie 12 miesięcy, jest też jedną z nielicznych naprawdę udanych kontynuacji hitów sprzed lat. Warto zobaczyć!

Korekta: Joanna Biernacik


blog comments powered by Disqus