Recenzja filmu "Cristiada"

Autor: Klapserka

Lata 20. XX wieku. Katolicki ruch w Meksyku walczy w obronie wolności religijnej przeciwko reżimowi prezydenta Callesa (Rubén Blades). Na czele zbrojnej walki po stronie wyznawców Chrystusa stoi Enrique Gorostieta (Andy Garcia), znakomity i zasłużony generał, prywatnie... ateista. Czy walka o coś, w co się nie wierzy, ma w ogóle rację bytu?

Cristiadę rozpoczynają piękne sekwencje, ukazujące przestworza i krajobraz Meksyku. Towarzysząca im muzyka (notabene autorstwa Jamesa Hornera) wzmaga patos, zapowiadając rzeczy tak wielkie jak tragiczne. Przede wszystkim zaś dają nadzieję, że nikomu bliżej nieznany film, dystrybuowany w Polsce na bardzo małą skalę i całkowicie przemilczany przez największe kinowe sieciówki, okaże się co najmniej dobry. Wiele by na to wskazywało. Dean Wright obrał na swój debiut temat bardzo ciekawy i wciąż aktualny. On też jest najmocniejszym ogniwem całego filmu. Kino jako kronika wydarzeń historycznych, rozgrywających się w odległych zakątkach globu, pociąga właśnie przez wzgląd na świeżość tematu. Jest też inspirujący upór reżysera, który sięga po motyw w swoim środowisku pospolity i chce go eksportować, pokazać światu choćby po to, by wiedział. Pod tym względem Cristiada jest odkryciem - nie tak może wstrząsającym i nie tak spektakularnym, jak być może oczekiwano, ale wartym odnotowania oraz zapamiętania. To dużo.

Szkoda tylko, że na wymyśleniu dobrego tematu skończyły się Wrightowi dobre pomysły. Najpierw niepotrzebnie zaangażował do pracy Micheala Love, który pisząc scenariusz, odebrał filmowi szczerość, naturalność i całą magię. Największym błędem, który jako idea towarzyszył mu podczas rozpisywania historii, był brak zaufania do inteligencji odbiorcy. W toku akcji wielokrotnie pojawiają się kwestie (zwykle jedno- lub dwuzdaniowe monologi) wyjaśniające, co właśnie się stało oraz co miał na myśli bohater, mówiąc to lub tamto. Niepotrzebne to i irytujące (dla wielu może nawet uwłaczające), bo absolutnie z kontekstu zrozumiałe. W dodatku wszystko, co werbalne, odbywa się w języku angielskim - tu kompletnie nienaturalnym, destrukcyjnie wpływającym na atmosferę tętniącego życiem (nie tylko religijnym, choć innego niewiele tu widać) Meksyku, mówiącego na co dzień pięknym hiszpańskim. Bez względu na to, czy angielskim posługuje się tu aktor latynoski, czy amerykański, w ustach ich wszystkich angielskie zwroty w połączeniu z widocznymi w scenerii hasłami w ojczystym języku i sztandarowym w całym filmie zawołaniem "Viva Cristo Rey!" są kuriozalne.

Aktorzy zresztą również dobrani zostali trochę przypadkowo. Większość z nich to znakomici rzemieślnicy, których ogląda się z przyjemnością, ale którzy zostali ściągnięci ze swoich - oddalonych od siebie – półek, wymieszani w zabójczym koktajlu. Może pod swoim wzajemnie wpływem wyrównują grę pod gorszych warsztatowo kolegów i konsekwentnie grają tylko przyzwoicie. A przecież mówimy tu o takich nazwiskach jak Andy Garcia, Peter O'Toole, Bruce Greenwood czy Bruce McGill, znanych (prócz może Garcii) głównie z drugiego planu, ale stanowiącymi niejednokrotnie o wartości filmu. Oko cieszą bardziej mniej znani latynoscy aktorzy, nadrabiający braki techniczne właściwą południowcom ekspresją.

Cristiada jest filmem napisanym i zagranym pod linijkę, bardzo grzecznym, pompatycznym oraz jednostronnym. Jak na debiut - bezpieczne, jak na przekonanie europejskiej publiczności do swojej wizji kina - nieudane.


blog comments powered by Disqus