Nowy porządek
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy tematyka wampiryzmu w kinie obracała się głównie wokół ekranizacji popularnej wśród nastolatków trylogii Zmierzch. Szczęściem, zjawili się bracia Spieringowie z zupełnie inną, choć niekiedy naiwną, wizją przyszłości wampirzego rodu.
Koncepcja Daybreakers opiera się na katastroficzno-apokaliptycznych wyobrażeniach o wielkiej epidemii ustanawiającej nowy porządek świata. W roku 2009 Ziemię nawiedziła tajemnicza plaga, w której wyniku większość ludzi przeobraziła się w wampiry. Katastrofa ta zepchnęła człowieka na margines bytności, stał się on gatunkiem zagrożonym, zmuszonym do życia w ukryciu.
Z racji drastycznego ubywania na świecie zasobów krwi (hodowla ludzi i polowania na nich okazały się niewystarczające) specjalizujące się w dostarczaniu pożywienia korporacje próbują wynaleźć substytut mogący zapewnić przetrwanie wampirzej populacji. Nad tego rodzaju substancją pracuje Edward Dalton (ciekawa, choć mało wymagająca rola Ethana Hawke'a), odmawiający picia krwi hematolog, który chce przede wszystkim zapobiec dalszemu eksploatowaniu ludzkich zasobów oraz – wydaje się – nieuchronnie postępującej mutacji ofiar epidemii sprzed dziesięciu lat.
Przypadek sprawia, że Ed napotyka na swojej drodze Audrey – jedną z cudem ocalałych ludzi. Zderzenie dwóch, na pierwszy rzut oka różnych światów przywraca nadzieję na rozwiązanie globalnego kryzysu i zapewnienie wrogim sobie istotom pożądanego od wielu lat pokoju. A wszystko za sprawą Cormaca (rozczarowujący – niestety! – Willem Dafoe), który dzierży tajemnicę mogącą zmienić losy całego świata.
Choć motyw postpandemicznego świata wydaje się powracać do takich tytułów jak 28 dni później czy Jestem legendą, Daybreakers nie przypomina ich w żadnym stopniu. Bracia Spieringowie nie wróżą rodzajowi ludzkiemu kompletnej katastrofy, wolą raczej nie do końca optymistyczną (bo w pewnym sensie odmawiającą człowiekowi możliwości wyboru) wersję możliwości przystosowania się do każdej, nawet niechcianej zmiany, bez konieczności całkowitego odrzucenia cywilizacji i kultury. Ludzkość zamieniła codzienność na wampirzą „conocność”, do kawy dodaje się odpowiednią ilość krwi, a poza tym wszystko odbywa się tak, jak dotąd. Zawsze znajdzie się Inny, którego utożsamimy z wrogiem, i – nawet po transformacji – niektórzy zachowają pozostałości uczuć i sentymentów świadczących o dawnej ludzkiej egzystencji. Jak mawiał poeta – „Innego końca świata nie będzie”.
Wielbiciele „klasycznego” gotycko-tajemniczego wampira znajdą w filmie niewiele interesujących motywów czy postaci. Za wyjątkiem – być może – Charlesa Bromleya (w tej roli Sam Neill), dystyngowanego, opanowanego i dżentelmeńskiego antagonisty. Rozczarować może w zasadzie całkowite odejście od dotychczasowej konwencji filmu wampirycznego (sporo wydarza się za dnia, zaś żarłoczność wpisana w nieumarły byt daje się całkiem łatwo powstrzymywać), a wręcz zrównanie wampiryzmu ze zwyczajną chorobą. Nawiązanie do ostatnio nękających (zwłaszcza medialnie) ludzką rasę epidemii jest aż nazbyt oczywiste, a usilne działania bohaterów w imię „wyższego dobra” (wraz z wiarą w jego istnienie) na dłuższą metę wydają się wprost naiwne, można jednak policzyć to na karb konwencji kina popularnego.
Choć Daybreakers zrywa z ujęciem epidemii w kategoriach apokaliptycznych, nie rezygnuje z moralizmu, i to w dodatku przesadnie zarysowanego. Film zdaje się być powszechną alegorią obecnego stanu naszej planety, działań, jakie na niej prowadzimy, oraz „człowieka” (albo jego pozostałości) w nas samych. Niestety z tak ujętego moralizmu wyrastają niewspółgrający z resztą produkcji niemal groteskowy patos i płytki mesjanizm (film na wyrost porównuje się z Matrixem, choć daleko mu do niego), realizujący się poprzez banalne figury zmartwychwstania, odrodzenia i wartości odzyskanego życia. Symbolika goni symbolikę, czym po prostu zamęcza.
Mimo wszystko skojarzenia ze stylem Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza (zwłaszcza Grindhouse: Planet Terror) nasuwają się same. Nie można, co prawda, nazwać tego hołdem – ewidentnie zarysowuje się tu nowa, choć podobnie przesadna narracja – ale ciekawym eksperymentem z formą. Spieringom brakuje podobnego poczucia ironii i wyrobienia w grze na kulturowych skojarzeniach widza.
Sklep
Forum











