"Legendy jutra" - dwugłos recenzencki na temat drugiego sezonu serialu

Wojownicze Legendy Jutra: Wyjście z cienia 

Kolejny sezon serialu o grupie bohaterów ratujących historię okazał się bardziej interesujący od pierwszego, wnosząc tym samym do Arrowverse podmuch swoistej nowości. Czy rzeczywiście tak było? Zachęcamy do zapoznania się ze stanowiskiem dwóch wiernych widzów tego serialu – Bartoszem i Markiem.

Bartosz: Drugi sezon przygód Legend okazał się w środowisku fanowskim dużo lepszym produktem niż pierwszy, w którym cała drużyna się dopiero docierała. Co prawda brak niektórych osób – w tym wybitnego Wentwortha Millera w roli Colda – był lekko odczuwalny, jednakże nadrabiała za niego fabuła oparta na pomyśle wziętym rodem z filmów przygodowych o Indianie Jonesie. Dzięki temu pojawiła się wśród bohaterów też postać doktora historii. Aczkolwiek tym razem zamiast Arki mieliśmy do czynienia z Włócznią Przeznaczenia. A Ty, Marku, jak odnosisz się do tej nowej, iście "Jonesowej" konwencji?

Marek: Na początek muszę wyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony całokształtem tego sezonu. Co prawda rozpoczynałem go chyba trochę niechętnie – wszak z całego Arrowverse po poprzednim sezonie byłem przychylny głównie Flashowi(lżejszy klimat oraz całkiem niezłe czarne charaktery) oraz Supergirl (Cat Grant!). Czwarty sezon Arrow zmęczył mnie poważniejszymi tonami, dalszym spadkiem poziomu jakości, uśmierceniem jednej z ważnych osób oraz umiejętnościami głównego złego, który gołą ręką zatrzymywał strzały i wszystko inne w powietrzu (chciałoby się zaśpiewać za Queen: „It's a kind of magic”). Z kolei pierwszy sezon DC's Legends of Tomorrow zawiódł mnie, bowiem oczekiwałem po nim większej zabawy i lepszego poziomu związanego z podróżami w czasie.  Na dodatek irytowali mnie tam Vandal Savage oraz Hawkgirl (że nie wspomnę o śmierci jednej z fajniejszych złych/dobrych postaci).

A teraz do rzeczy – wspomniana przez Ciebie konwencja w drugiej serii LoT przypadła mi do gustu, podobnie jak nowy skład sił dobra. Nate i Amaya są godnym uzupełnieniem ekipy Legend, a do tego mieliśmy w tle Justice Society of America. Nie da się ukryć, że z radością powitałem ich przeciwników, czyli Legion Zagłady, złożony z istotniejszych złoczyńców z początkowych dwóch seriali tego uniwersum. Oczywiście, gdy w końcu pojawiali się na ekranie – po raz kolejny odczuwałem pewien niedosyt, tym razem związany z małą ilością czasu ekranowego przeznaczonego dla czarnych charakterów. Czuję, że nie wykorzystano w pełni potencjału tych postaci. Co Ty na to?

Bartosz: Zgadzam się z Tobą, Marku. Generalnie Legion Zagłady został świetnie skonstruowany dopasowując różne osobowości tak odmiennych czarnych charakterów. Niemniej jednak tylko jeden był wykorzystany w pełni. Mam tutaj na myśli Eobarda Thawne'a, który swoją obecnością rozwinął nie tylko fabułę, ale i mitologię związaną ze Speed Force. Dzięki niemu mogliśmy poznać kilka istotnych elementów ze świata Flasha. Motywy, działania i cała konstrukcja charakterologiczna Reverse-Flasha były – jak na łotra – bardzo przekonujące i przyziemne, a nie patetycznie wydumane. Także jego możliwości podróży w czasie sprawdziły się w tej konwencji serialu. Żałuję tylko, że pan Miller w roli Kapitana Colda miał zbyt mało czasu ekranowego, aby ukazać również swój kunszt aktorski i stworzyć na dłużej nierozerwalny duet z Dominikiem Purcellem. Wydaje mi się też, że serial nadrobił konwencją doboru materiału historycznego. Dobrano takie wydarzenia, które są znane w historii jako pełne akcji i które zachęcają do zgłębiania przeszłości. Może jednak tylko mnie się tak wydaje?

Marek: Jeśli chodzi o Thawne'a – Matt Letscher miał w końcu okazję powrócić do roli z pierwszego sezonu Flasha i wykazać się nieco szerzej (na przykład interesująco przedstawiono jego konfrontację z Czarnym Flashem, zmyślnie wprowadzając tym samym pewne ograniczenie dla lidera Legionu oraz jego mocy). Odczuwałem jednak zażenowanie oglądając niektóre sceny, w których SUPERSZYBKI złoczyńca - z różnych względów - nie likwidował pozytywnych bohaterów (bo... scenariusz?). Weźmy przykład pierwszy z brzegu (postaram się nie spoilować): Reverse-Flash i zebrana przez niego ekipa sprinterów przewyższająca liczebnie kilkunastoosobowe siły dobra nie zdołała w porę odebrać Włóczni Przeznaczenia, mimo znaczącej przewagi w postaci nadludzkiej szybkości tych wszystkich złych. Przy okazji tegoż odczucia nawiążę do doboru wydarzeń historycznych i ich „pełni akcji” - było OK, ale budżet serialu i rozwiązania fabularne dały boleśnie o sobie znać, drastycznie ograniczając tę dynamikę. Za przykład niech posłuży potyczka dwóch wojsk w czasach Króla Artura i Rycerzy Okrągłego Stołu, kiedy oba zbrojne oddziały liczą sobie po kilka(naście) osób. Śmiech na sali.

Skoro już po raz drugi wspomniałeś o Wentworthie Millerze, nie sposób nie przyznać Ci racji. Jego Leonard Snart/Kapitan Cold, cedzący CHŁODNO swoje wypowiedzi, to postać bardzo in plus i ogromnie szkoda, że było go tak mało w ciągu całego sezonu. Tym niemniej wprowadziło to (przynajmniej dla mnie) pewne zaskoczenie, bowiem po newsach informujących o czarnych charakterach w drugim sezonie serialu spodziewałem się ujrzeć Snarta dużo wcześniej, a w końcu zwątpiłem w jego obecność i znacząco OSTUDZIŁEM swoje emocje. A tu taka... mrożąca krew w żyłach niespodzianka!

Bartosz: Rozwiązania fabularne, aby trzymać postacie przy życiu, to niewątpliwie jeden z mankamentów superbohaterskich produkcji. Wielokrotnie mogliśmy się o tym przekonać choćby w Arrow (no, ale dzięki temu mamy Sarę Lance w LoT). Dla mnie mocno przesadzone było także to, że Damien Darhk ukazany jako łowca superbohaterów nie był w stanie wyłapać Legend, a posiadał przecież dwie najgroźniejsze bronie i swoją magię. Odnośnie wydarzeń historycznych mogę powiedzieć, że dla mnie były bardzo ciekawe. Jednakże, jeśli nawet jestem miłośnikiem historii amerykańskiej, czasem irytował mnie dobór częstych patriotycznych wydarzeń z dziejów USA, w które dodatkowo wpleciono jeszcze popularny obecnie motyw kina grozy – zombie.

Co do pozytywnych bohaterów - uważam, że postać dualnego Firestorma nadal kuleje i nie ma w sobie tej "iskry" i tej "chemii", które dały by mu jakąś cechę rozpoznawalną, jakiś charakterek. Mając na myśli postać, chodzi mi o relacje postaci prof. Steina i Jaxa. Wątek miłosny między Amayą i Natem również był bardzo naciągany i nie przekonał mnie. Aktorzy grali tak, jakby chcieli to odegrać i mieć wszystko z głowy. Boli mnie też zrobienie z postaci Rory'ego totalnego głupka, skoro w pierwszym sezonie był wybitnym łowcą głów Kronosem. Generalnie w komiksach ta postać również całkiem nieźle sobie radzi w przeciwieństwie do tego Heatwave’a z drugiego sezonu LoT. Natomiast na uwagę zasługują Caity Lotz jako Biały Kanarek i Arthur Darvill w roli Ripa Huntera. Obydwoje w moim mniemaniu skradli show. Postać Sary jako liderki nabrała barw i stała się bardziej interesująca w swoich poczynaniach, w których przestała odgrywać tylko wątek poprawności politycznej w postaci umieszczenia biseksualnej ikony. Jednocześnie dalej pozostała zabójczynią i rozgoryczoną kobietą po stracie siostry. Natomiast Rip Hunter, który przybierał różne maski podczas drugiego sezonu, był nie mniej interesujący. Zagranie przez pana Darvilla różnych stanów własnego ja (oczywiście chodzi o Ripa) – od bezwzględnego mordercy po człowieka obłąkanego z amnezją – wymagało sporo dobrego przygotowania. Interesującym wątkiem było też starcie człowieka nauk ścisłych i humanisty – Brandona Routha jako Atoma i Nicka Zano jako dr. Heywooda. Dzięki temu mieliśmy różny ogląd każdej sytuacji z dwóch przeciwległych biegunów.

A jak oceniasz zawiłości czasowe, zwłaszcza te, które można było dostrzec pod koniec sezonu drugiego? Według Ciebie scenarzyści nie zrobili za dużego bałaganu?

Marek: Ja się w tych paradoksach czasowych łatwo gubię – mimo że jestem „ścisłowcem”. Gros pomysłów scenarzystów Flasha i DC's Legends of Tomorrow wydaje mi się być naciągane. Mile widziany byłby materiał wideo (w dodatkach do wydań DVD/BD) wyjaśniający te pomysły i próbujący uzasadnić je fabularnie i „naukowo”. Od siebie tylko dodam krótko, że „burze czasowe” wprowadzone pod koniec sezonu to dla mnie inna wersja „wstrząsów czasowych” (co by było poważniej). Jeśli nawiązujesz do ostatnich dwóch odcinków (w kontekście tych „zawiłości czasowych”), to podsumowuję to – szczególnie przedostatni odcinek – jako jedne z lepszych epizodów w całym Arrowverse obecnie. Legendy jutra pokazały, jak mógłby wyglądać naprawdę konkretny Flashpoint Paradox i pozostaje szczerze żałować, że Flash nie poszedł w tę stronę i nie wywrócił do góry nogami całego otoczenia w sezonie trzecim, racząc widzów zaledwie przystawką tej możliwości i wracając do oklepanego już status quo.

Trzy grosze wtrącę na temat Legionu Zagłady, bo nie chcę, by umknęła mi reszta członków zespołu i odtwórców ich ról (a przecież i Johna Barrowmana, i Neala McDonougha wypada pochwalić). Całość to świetny kwartet znanych i lubianych postaci, choć smuci mnie fakt, że można było – moim zdaniem – wycisnąć więcej z tego potencjału (jak soczystą cytrynkę). Kolejny plus za interakcje między złoczyńcami oraz różnego rodzaju żarciki.

Co do zespołu Legend – zgadzam się z Twoją opinią o Sarze i Ripie. Bardzo przekonałem się do młodszej panny Lance w trakcie tego serialu, a z kolei obserwowanie „asa z rękawa Legionu” budziło u mnie żywe emocje i chęć jak najszybszego przywrócenia Huntera do normalności. Mick to z kolei poczciwy nie-poczciwiec, który potrafił w niektórych sytuacjach zaskoczyć pozytywnie swoim zachowaniem i wyjść z roli prostackiego i zblazowanego łotrzyka. Nie zgodzę się z tym „totalnym głupkiem”, choć rozumiem Twoje racje i sam czasami chciałbym, by Heatwave'owi było bliżej do poziomu, jaki reprezentował jego były partner.

Bartosz: To jesteśmy jak dr Palmer i dr Heywood. Generalnie ja - jako historyk i fan komiksów - w tych zawiłościach czasowych odnalazłem próbę przełożenia akademickiej narracji historycznej na serial bazujący na komiksie. Według mnie wyszło to całkiem znośnie, choć brakowało elementu, który by te powiązania jakoś zmyślnie połączył, tak żeby było to w miarę płynne. Podsumowując - to był naprawdę udany sezon z kilku powodów. Po pierwsze, obecność Nate’a Heywooda jako tłumacza legend i historii pozwoliła na osadzenie serialu w kontekście historycznym. Po drugie, wątek główny fabuły oparty na przygodach wziętych rodem z wcześniej wspomnianego Indiany Jonesa. Super sprawą była też duża liczba odnośników komiksowych – w tym samego JSA. I to, co najlepsze, zostawiam na koniec – przeciwnicy w formie własnej Ligi. Minusami pozostały w większości słabo rozwinięci pozytywni bohaterowie, po części zawirowania w czasie fabuły w ostatnich odcinkach oraz – niestety – efekty specjalne rodem z filmów klasy Z. Mimo to, ja daje 4,5/5 temu sezonowi, zwłaszcza że w uprawianiu niekonwencjonalnej historii spisał się idealnie. Tym niemniej dinozaury słabo zachęciły mnie do kontynuowania podróży z Legendami, nie tak, jak miało to miejsce z JSA. Generalnie jednak Legends of Tomorrow jako dopełnienie odrzuconych motywów jest świetne i tak jak serial Flash bardziej otwiera się na inne rzeczywistości, tak tutaj mamy otwarcie się na różne czasowe epoki. A bohaterowie dążą do tego, by zostać Legendami - za co dalej trzymam kciuki już jedną nogą w sezonie trzecim.

Marek: He he, ciekawe porównanie, doktorze Heywood. Jak na początku zgasły moje emocje związane z tym serialem i porzuciłem nadzieje na jego dobrą jakość, tak później, krok po kroku, różne odcinki przywracały mi wiarę w jego możliwości. Począwszy od dużo lepszego składu Legend (choć z minusem w postaci braku Colda) i „głównego złego” w formie zespołu posiadaczy testosteronu z chłodno przetransferowanym zawodnikiem (nie mogłem sobie odmówić tego żarciku), poprzez naprawdę bardzo udany humor (kilkakrotnie autentycznie parsknąłem śmiechem lub szczerze się zaśmiałem), na dobrym poziomie ogólnym skończywszy (podróże w różne ciekawe miejsca, przedostatni odcinek tego sezonu jako osłoda dla zawiedzionych zmarnowanym potencjałem Flashpointu). Z mojej strony również 4,5/5 i duże zaskoczenie, że ten serial z trzymającego tyły stał się nagle czarnym koniem całego Arrowverse. I tylko bardzo mocno szkoda śmierci niektórych dobrych i złych bohaterów...

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus