"Notatnik śmieci" - recenzja filmu Netflixa

Nie wszystko złote co Netflix

Notatnik Śmierci to nie pierwszy romans Netflixa z anime. Niedawno premierę miała dobrze przyjęta Castlevania, ale film Adama Wingarda to debiut serwisu na polu adaptacji anime w formie live action. Death Note to wśród miłośników mangi i anime pozycja kultowa, której sukces – jak w przypadku Dragon Balla czy Naruto – przebił się na zachodni rynek. To był już tylko krok od podjęcia decyzji, by stworzyć remake.

Sam pomysł, by umieścić w 90-minutowym filmie fabułę 37-odcinkowej serii anime wydaje się porywaniem z motyką na słońce. Jednak dla scenarzystów (dokładniej trzech) nie ma rzeczy niemożliwych. Nie obyło się więc bez skutków ubocznych, których ilość z minuty na minuty powiększała się w kosmicznym tempie.

Styl i szybkość narracji daje o sobie znać już w pierwszych sekundach, bowiem ogólny zarys dwójki głównych postaci – Lighta i Mii – zostaje przedstawiony dosłownie w kilkunastu sekundach. Dla znawców oryginalnej serii to znak, że mamy do czynienia z luźną adaptacją. Dla reszty widzów – to narracyjne paliwo. Tak jak w anime wszystko zaczyna się w momencie, kiedy Light zauważa spadający z nieba tytułowy notatnik śmierci. Zabiera go do domu, by przestudiować opisane w nim zasady używania. Niedługo po tym postanawia go przetestować wspólnie z dziewczyną – i tutaj kończy się zbieżność z anime.

O ile sama zmiana kierunku fabularnego nie jest niczym złym, o tyle jej sens i głębsze znaczenie, jakiego historia Lighta nabiera w anime, tutaj praktycznie nie ma miejsca. Charakterologicznie głównemu bohaterowi najbliżej jest do kultowego Dextera, którego pomimo tego, że jest seryjnym mordercą, można polubić i mu kibicować. W obu przypadkach mamy do czynienia z geniuszami w fachu i obserwowanie tego – z dwuznacznym moralnym tłem – jest fascynujące i daje sporo miejsca do własnych interpretacji i pytań, gdzie jest granica między dobrem a złem.

Notatnik Śmierci Wingarda poniekąd próbuje przekuć młodzieńczy bunt w historię o walce ze złem i naprawą świata, ale pośpieszny scenariusz pełen skrótów, głupot i klisz psuje film mniej więcej po trzydziestu minutach. Jedną z zasadniczych różnic między anime a filmem jest moralny środek ciężkości. W anime Shinigami (tutaj w roli Ryuuka Willem Dafoe), czyli bogowie śmierci, są znudzonymi istotami z zepsutego świata, których jedyną „rozrywką” jest patrzenie, jak ludzie tworzą własny, równie zepsuty świat. Notatnik śmierci, który Ryuuk zrzuca na ziemski padół, staje się napędem i katalizatorem wydarzeń. Prostym i genialnym w prostocie testem na poczucie moralności. Diabolicznym narzędziem ukazującym jak skomplikowaną, nieokreśloną i okrutną istotą jest człowiek w porównaniu do „robiących swoje” bogów śmierci. W netflixowej adaptacji Shinigami – najprościej rzecz ujmując – nie są do końca bezstronnymi istotami, które biernie obserwują poczynania ludzi władających notatnikiem śmierci. Przez to moralny wydźwięk rozmydla się i kastruje fabułę do chaotycznego i mało angażującego pojedynku między Lightem a tropiącym go L. Anime jest emocjonujące, intrygujące i pełne świetnych twistów. Tutaj zwroty akcji przechylają się w stronę naciąganych motywów, które – podobnie jak w nieszczęsnym Ghost In The Shell ze Scarlett Johansson – zostały skopiowane, ale pozbawione emocjonalnego (i sensownego) znaczenia.

Pomimo ewidentnych wad znajdzie  się jednak kilka plusów. Pierwszy to charyzmatyczna obsada, drugi to dobrze skomponowane kadry. Dość oryginalnie prezentuje się dobór utworów na ścieżce dźwiękowej (głównie covery klasyków, np. The Power of Love Whitney Houston), który nie wiadomo jak odczytać – moda na stare kawałki, czy też ironiczne mrugnięcie okiem od twórców?

Jedno jest pewne – największą ironią jest fakt, że adaptacja jednego z najbardziej przemyślanych, inteligentnych i wciągających anime jest filmem, przy którym najlepiej odłożyć mózg na bok. Bowiem pomimo obiecującego początku, Notatnik Śmierci Wingarda rozczarowuje. Bez dwóch zdań lepiej sięgnąć po oryginał.

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus