"Żywioł. Deepwater Horizon" - recenzja filmu

Autor: osti

Ależ piękna katastrofa

Największą zaletą filmów opartych na faktach jest czasem właśnie to, że pokazują wydarzenia, które miały miejsce w rzeczywistości. Nawet jeśli obraz jakoś bardzo nie porwie, możemy sobie powiedzieć wtedy „kurcze, że też coś takiego stało się naprawdę!”.

20 kwietnia 2010 roku na platformie wiertniczej Deepwater Horizon doszło do eksplozji i pożaru. Skutkiem wypadku była śmierć 11 członków załogi, zatonięcie platformy oraz wyciek prawie 700 milionów (!) litrów ropy do Zatoki Meksykańskiej. Była to największa katastrofa ekologiczna w historii USA, straty z nią związane szacuje się nawet na 20 miliardów dolarów.

Obraz Petera Berga bardzo zyskuje dzięki takim autentycznym podstawom, ale śmiało można powiedzieć, że obroniłby się także i bez nich. Mamy tutaj bowiem do czynienia z obrazem katastroficznym, co się zowie. W momencie, w którym tytułowy żywioł zaczyna szaleć na ekranie, słabo zarysowane sylwetki głównych bohaterów nabierają drugorzędnego znaczenia.

Jak to w tego typu produkcjach bywa, główny bohater (Mark Wahlberg) to zwyczajny koleś, który stara się jak najlepiej wykonywać swoją pracę – nawet w obliczu niepowstrzymanej siły żywiołu. Również pozostałe postacie można śmiało uznać za sztampowe – szef (Kurt Russell), to taki „dobry wuja”, który stara się, aby ludziom pracowało się dobrze i wszystko było zapięte na ostatni guzik, co utrudnia mu zły do szpiku kości, przesiąknięty kapitalizmem przedstawiciel koncernu paliwowego (w tej roli John Malkovich). Taka schematyczność ma swoje zalety – widz już od samego początku instynktownie wie, kto jest kim. A biorąc pod uwagę fakt, że na ekranie nie oglądamy amatorów, żaden z aktorów nie miał problemu z wykreowaniem w miarę ciekawej i charakterystycznej postaci.

Obraz niemalże w całości podporządkowany jest jednemu celowi. Twórcy za punkt honoru postawili sobie, aby ukazać w pełnej krasie grozę sytuacji, w jakiej znaleźli się ludzie na platformie Deepwater Horizon. Siły natury pokazują pazur, a bezradny człowieczek musi uciekać z podkulonym ogonem, zanim pochłonie go furia żywiołów. Budowane od pierwszych minut napięcie jeszcze wzrasta, kiedy w końcu dochodzi do efektownej eksplozji i następującego po niej pożaru.

Ciężko stwierdzić, aby film Petera Berga miał jakieś większe wady. Nie jest to wprawdzie kino wybitne, należy raczej mówić o rzetelnie wykonanej robocie. Na plus zaliczyć można ciekawe aktorskie trio, napięcie trzymające jak w rasowym thrillerze, wzruszające zakończenie (ale bez uczucia katharsis) oraz świetne efekty specjalne. Płonąca platforma wiertnicza została ukazana z imponującym rozmachem, który jest bez wątpienia głównym bohaterem produkcji.

Korekta: Aleksandra Wierzbińska, Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus