"Doktor Who" - recenzja 10. serii serialu

Bez nadziei, bez świadków, bez nagrody – dlaczego warto obejrzeć 10 serię Doktora Who

Tekst nie zawiera większych spoilerów – osoby, które wahają się, czy obejrzeć ostatnią serię Doktora Who, są wśród jego czytelników bardzo mile widziane.

Jeśli spojrzymy na 2017 rok z punktu widzenia whovian, od razu skoczy nam poziom adrenaliny. 16 lipca – ogłoszenie nowego odtwórcy głównej roli. Listopad – początek zdjęć do nowej serii, o której zupełnie nic jeszcze nie wiadomo. 25 grudnia – specjalny odcinek pełen pożegnań. To niezwykle ważny czas dla serialu, który stoi na rozdrożach, a miliony fanów nie spuszczają go z oka, by nie przegapić momentu, kiedy okaże się, jaką drogę wybiera. Ostatnia seria – ostatnia nie tylko dlatego, że najnowsza, ale też pod wieloma względami stanowiąca zakończenie epoki – właśnie na te rozdroża nas doprowadziła, rozsiewając tu i tam wskazówki i aluzje, czego możemy się spodziewać. Zarazem jednak zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiemy nic, bo jednym ze skutków wielkich zmian jest przeniesienie odpowiedzialności na osoby, których styl, priorytety i plany nie są nam jeszcze znane. To ekscytujący moment.

Zanim jednak zaczniemy patrzeć daleko w przód, zanim dotrze do nas, jakie konsekwencje pociągnie za sobą wybór osoby, która wcieli się w Trzynastego Doktora, spójrzmy jeszcze na serię, której emisja niedawno się zakończyła. Co z niej zapamiętamy? Co wniosła do Whoniversum? Jakich dostarczyła nam wrażeń? Czy stanowiła godne zakończenie wspaniałej epoki czy sprawiła tylko, że odetchnęliśmy z ulgą, że jej koniec oznacza też początek czegoś zupełnie innego?

W czasie bieżącej emisji dziesiąta seria Doktora Who budziła żywe emocje. Teraz jednak, dwa tygodnie po premierze ostatniego odcinka, ekscytacja zdaje się szybko wygasać. Nie było w niej wielkich przełomów ani dzielących widzów kontrowersji; nie było wielkich dramatów, kosmicznych kryzysów i rewelacji, które miałyby na zawsze odmienić serial. Było za to stonowanie stylu, refleksyjność i minimalizm, czyli elementy, których pesymistycznie nastawieni fani absolutnie nie spodziewali się po pożegnalnych odcinkach Stevena Moffata. Była to też, przede wszystkim, seria bardzo równa i prezentująca wysoki poziom. Po emisji kolejnych odcinków często natykałam się na stwierdzenie, że były „w stylu Daviesa” – czyli Russella T Daviesa, wspominanego przez whovian z nostalgią scenarzysty, który nadzorował przygody Dziewiątego i Dziesiątego Doktora. Nie zgadzam się z tym do końca, bo Daviesowi też zdarzało się dać ponieść manii wielkości, też lubił wielką skalę i dramatyczne zwroty akcji, czasami gubiąc w tym wewnętrzny sens historii; ale jeśli mieli na myśli stosunkowo proste fabuły i relacje między bohaterami pozbawione podtekstów, tajemnic, spisków i nadmiernego dramatyzmu, to faktycznie coś może w tym być. Dziesiąta seria różni się stylem i tonem od chociażby dwóch poprzednich, choć one także już próbowały, zgodnie z tym, co zapowiadał rocznicowy odcinek The Day of the Doctor, przebić balonik. Dziesiąta seria ten proces podsumowuje, nawet epicki finał umieszczając w ważnych, ale ciągle kameralnych okolicznościach, i przez wszystkie poprzednie odcinki, może z wyłączeniem trylogii o Mnichach, pokazując raczej małe wydarzenia mające wielkie konsekwencje niż galaktyczne katastrofy odmieniające wszystko na zawsze.

Pod tym względem już pierwszy odcinek zaskakuje. Pierwotnie miał nazywać się (moim zdaniem prześlicznie) A Star in Her Eye, co dość późno zmieniono na The Pilot. Dwuznaczność jest celowa. Rzeczywiście ważny jest w nim wątek pilota, ale jest to zarazem – paradoksalnie, jako że cała seria jest poniekąd pożegnaniem – historia świetna na początek przygody z serialem. Pojawia się nowa towarzyszka i nowe spojrzenie na Doktora jej oczyma; sporo wyjaśniania kwestii, które są dość oczywiste, ale nie były dotychczas formułowane wprost. Poznajemy Dwunastego niejako na nowo, bo znalazł się w nowej roli – zatrzymał się na Ziemi i wykłada na uniwersytecie. Bill Potts wpada na jego wykłady jako wolna słuchaczka, choć nie studiuje, a pracuje w studenckiej stołówce. Jest jednak niezwykle bystra i słucha go z prawdziwym zainteresowaniem, czym zwraca na siebie jego uwagę i Doktor proponuje jej prywatne lekcje. Gdybyśmy nie mówili o Doktorze Who, to ostatnie zdanie zabrzmiałoby podejrzanie, ale absolutnie nie: dwójkę bohaterów łączy przyjaźń, do samego końca jest to relacja ekscentrycznego nauczyciela i cierpliwie go znoszącej, inteligentnej, ale bardziej twardo niż on stąpającej po ziemi uczennicy. To prawdziwy powiew świeżości, powrót do modelu, który mógłby się bez problemu sprawdzić w klasycznej epoce. Widać ich wzajemną sympatię i szacunek, Bill powoli uczy się, z kim ma do czynienia, a Doktor nabiera do niej zaufania i traktuje po prostu jak bliską osobę, której towarzystwo daje mu radość. Z powodu prostoty tej relacji z jednej strony można mieć pretensje, że nie dowiadujemy się o Bill tyle, ile byśmy chcieli, ale równocześnie towarzyszka pozostaje po prostu bohaterką uczestniczącą w wydarzeniach, a nie czynnikiem wprawiającym w ruch fabułę, co po skomplikowanym wątku Clary jest miłą odmianą.

Tym, co wprawia fabułę w ruch, jest wątek tajemniczej skrytki, ukrytej w podziemiach uniwersytetu, której Doktor przysiągł strzec. Dlatego właśnie pozostaje na Ziemi. Ze skrytką i przysięgą powiązany jest drugi towarzysz – Nardole, którego już wcześniej znaliśmy, ale nie wiedzieliśmy, kim jest i o co właściwie z nim chodzi. Jeśli Bill możemy uznać za metaforę widza, który od The Pilot zaczyna poznawanie Doktora Who, tak Nardole jest fanem, który serial już doskonale zna i z pewnym rozbawieniem obserwuje, jak ktoś znowu emocjonuje się budką większą w środku i całą resztą tych banałów. Jednak żadna z tych grup odbiorców nie jest krytykowana ani wyśmiewana – dwójka bohaterów jest niezwykle sympatyczna i odgrywa ważne role w fabule, zresztą łączy ich nie tylko Doktor, ale sympatia, która szybko się między nimi pojawia. Takiego właśnie powiewu świeżości potrzebował serial – prostych, niewinnych relacji trójki bohaterów, szczerej ekscytacji, sympatii i zdziwienia, które Bill wyraża bez żadnego skrępowania. Do samego końca nie będzie żadnych dwuznaczności, przesadzonego dramatyzmu, nadludzkich rewelacji – Bill pozostaje piekielnie inteligentną, nie całkiem wierzącą w siebie dziewczyną, dokładnie taką, która na podróżach po wszechświecie skorzysta najbardziej, Doktor – jej nauczycielem, ale też podróżnikiem, który nie może usiedzieć w miejscu, a Nardole – lekko zniecierpliwionym doktorowymi fanaberiami facetem, który chce dotrzymać obietnicy, ale z czasem coraz bardziej zależy mu także na dwójce przyjaciół.

Mamy więc Doktora, który obiecał siedzieć na Ziemi i strzec skrytki, ale gdy tylko pojawia się Bill – taka ciekawa świata i entuzjastyczna – przypomina mu się, jakie fajne jest podróżowanie i szybko porywa ją na wycieczkę. Zgodnie z tradycją pierwsza podróż nowej towarzyszki to wizyta w dalekiej przyszłości (Smile), druga – w przeszłości (Thin Ice), trzecia natomiast rozgrywa się na Ziemi, dostarczając informacji na temat codziennego życia Bill (Knock Knock). Tym razem mamy ludzką kolonię (odcinek nawiązuje mocno do The Beast Below – tam widzieliśmy uciekających z Ziemi Brytyjczyków, tu – jakąś inną nację, ale mowa jest najprawdopodobniej o tej samej katastrofie) i jarmark na zamarzniętej Tamizie (na którym też Jedenasty balował kiedyś z River). Twórcy odwołują się więc do tego, co pokazali nam już wcześniej, robią to jednak subtelnie i aluzje do innych przygód pozostają marginalnymi ciekawostkami. Współczesna historia, pełna grozy, opowiada natomiast o próbie wyprowadzki z rodzinnego domu i posmakowania dorosłego życia. Przygody te nie zapiszą się może w historii serialu jako wybitne i obowiązkowe, ale były zaskakująco solidne – przez fandom przeszedł szmer zadziwienia ich jakością, odważnym komentarzem społecznym, niestandardowymi rozwiązaniami, niezłą reprezentacją. Wszyscy chyba mamy poczucie, mniej lub bardziej wprost formułowane, że to jest dla tego serialu jedyny słuszny kierunek.

Po tych odcinkach następuje Oxygen – który zasługuje na osobny akapit. Jest zarówno bardzo dobry – tak po prostu, fabularnie – jak i wprowadza do Whoniversum wątki dotychczas rzadko spotykane. Gdybyście mieli obejrzeć z dziesiątej serii tylko jeden odcinek, najpewniej poleciłabym wam właśnie ten. To jedna z najlepszych historii osadzonych w kosmosie, jakie powstały w doktorowym uniwersum. Jest obowiązkowa stacja kosmiczna, pogonie wąskimi korytarzami, ale jest też ostra jak brzytwa krytyka społeczna, jawny bunt przeciwko temu, w jaką stronę zmierza nasza rzeczywistość, trudne decyzje, skomplikowany plan i – co chyba wszystkich zaskoczyło – trwałe konsekwencje. Już na samym początku Doktor znajduje się w sytuacji, z której trudno sobie wyobrazić, by wszyscy wyszli bez szwanku i rzeczywiście nie wychodzą. Nikt się chyba jednak nie spodziewał, że nastąpi to właśnie w taki sposób...

Odcinek szósty, siódmy i ósmy to w Doctorze Who rzadkie zjawisko – dłuższa historia, która w dodatku nie jest finałem (jak mieliśmy w serii trzeciej), ale rozbudowanym wątkiem wciśniętym w sam środek serii. Płynnie wynika z Oxygen, ale opowiada już o czymś zupełnie innym. Pierwsza część trylogii, Extremis, to jeden z najbardziej ryzykownych pomysłów, jakie widziałam w New Who – trochę w tym Matrixa, sporo Dana Browna, do tego motyw niepełnosprawności i papież przerywający randkę. Krótko mówiąc, Moffat u szczytu formy; jedna z dziwniejszych fabuł, która jednak zaskakująco trzyma się spójnie do samego końca i zawiesza wysoko poprzeczkę dla części drugiej i trzeciej – której im się, niestety, nie udaje przeskoczyć. The Pyramid at the End of the World jeszcze w miarę się trzyma, choć pod pewnymi względami jest wręcz szkodliwe – tak wielu bzdur o nauce dawno nie widziałam i to rozczarowujące, bo Doctorowi Who pewnych rzeczy po prostu nie wypada robić... Ale fabularnie nie jest poza tym najgorzej, Doktor wraca do roli Prezydenta Ziemi, randkę przerywa tym razem Sekretarz Generalny ONZ i mamy mocno polityczną, militarną wariację na temat apokalipsy, którą ludzie szykują sobie sami. Trzecia część zaś, Lie of the Land, była wielkim rozczarowaniem – tym większym, że kilka tygodni wcześniej miałam okazję porozmawiać sobie z jej twórcą, Tobym Whithouse’em, byłam więc bardzo podekscytowana, bo jednak nie co dzień można zobaczyć w serialowym intro nazwisko osoby, z którą miało się bezpośrednią interakcję. No ale nie, nie tego oczekiwałam po twórcy, którego odcinki zawsze oceniałam bardzo wysoko. Lie of the Land pełny jest nielogiczności, a wielki kryzys budowany przez dwa poprzednie odcinki rozwiązuje w najgorszy możliwy, skrajnie sentymentalny sposób, nie wykorzystuje też zupełnie potencjału ledwo zarysowanej dystopii, która nawet dystopią w ogóle być nie powinna... Coś tu wybitnie nie zagrało i trylogia o Mnichach rozczarowuje. Może byłaby lepsza, gdyby była dziełem tylko jednego scenarzysty, a nie trzech?

Kolejne dwa odcinki to powrót do tego, co tak nas ujęło na początku serii – prostoty i jakości. Odcinek Marka Gatissa, Empress of Mars, w którym wreszcie widzimy Lodowych Wojowników w ich naturalnym środowisku, zaskoczył, ale tym razem pozytywnie. Mogliśmy się spodziewać dziwnych pomysłów, bo Gatiss z nich słynie. Nie zawsze efekt jest zadowalający, ale tym razem można chyba uznać, że połączenie angielskich żołnierzy z czasów królowej Wiktorii z cesarzową Marsa, która budzi się z hibernacji i odtwarza swoją rasę, zaskakująco zagrało. Dziwnie? No dziwne. A jak pomyśleć, że pierwotnie miał być tam jeszcze Winston Churchill... Ot, Doktor Who. Był to kolejny odcinek z mocno zarysowanym wątkiem społecznym, promujący stanowczo, jak to ten serial ma w zwyczaju, pacyfistyczny sposób rozwiązywania konfliktów. Po nim nastąpił odcinek ważny ze względu na twórcę – The Eaters of Light to dzieło Rony Munro, która miała na koncie ostatni odcinek klasycznej ery serialu – Survival z Siódmym Doktorem. Jej powrót to ewenement i mam nadzieję, że zobaczymy więcej jej historii, bo opowieść o Piktach, zaginionym rzymskim legionie i potworze z innego wymiaru była bardzo udana. Doktor Who jest świetny w sięganiu po tajemnice, różne białe plamy w historii. Tym razem też załatał dziurę sprawnie i z niekłamanym wdziękiem. Zdecydowanie warto obejrzeć.

Co było dalej? Finał, który wgniótł fanów w ziemię i zostawił ich we łzach. Jego pierwsza część, World Enough And Time, zaczyna się niewinnie, ale wszystko zmierza ku katastrofie. Nie mamy już wątpliwości: kończy się epoka, kończy się dobra passa Dwunastego Doktora, a i twórcy chcą się pożegnać tak, żebyśmy ich nigdy nie zapomnieli. Myślę, że im się udało. Te odcinki to wielki popis scenarzysty, Stevena Moffata, który obiecał nam, że odejdzie w sposób wyważony i minimalistyczny – co, właściwie, robi – oraz reżyserki Rachel Talalay, której kunszt zachwyca za każdym razem. Zabawy ze względnością czasu, dwie inkarnacje Mistrza, ogromny statek kosmiczny, ponure korytarze niepokojącego szpitala pełnego cierpiących pacjentów, którym nie wiadomo, co dolega. Każdy kadr tego odcinka jest dopracowany, a jego niesamowitej, smutnej atmosfery długo nie zapomnę. Druga część, The Doctor Falls, to jego godna kontynuacja, choć zachwyciła mnie odrobinę mniej. Kończy się jednak najlepiej jak mogła, zamyka wiele wątków i transportuje nas wprost w Boże Narodzenie, na które (znowu!) będziemy czekać z niecierpliwością, obawą i łzami. Taki los whovian.

Nie potrafię skierować do 10 serii żadnych poważniejszych zarzutów. Jest spójna, nie przesadzona, dopracowana i zaskakująco spokojna. Nie mamy tu ogromnych intryg, dramatu i kosmicznych spisków – mamy Doktora, który trochę się miota, ale trzyma się roli nauczyciela i mentora swojej ludzkiej przyjaciółki. Poprzednicy Dwunastego mieli na sumieniu ciężar utraty ich rodzimego świata; on już tego nie ma, ciągle jednak nie może sobie znaleźć miejsca. Pod koniec życia wpada w obsesję sterowaną przez jego wiarę w to, że w każdym jest dobro; łapie się w swoją własną pułapkę i można chyba powiedzieć, że regeneracją zapłaci za własną naiwność. Smutna jest to konkluzja, bo nie chciałabym, żeby Doktor Who opowiadał o nieuchronności konsekwencji – to serial, w którym na końcu wszyscy żyją i odlatują w stronę tęczowej mgławicy, jak w baśni, która uczy nas, że czasami powinniśmy się bać, ale zarazem że zawsze nam się uda zwyciężyć. Jeśli jednak w czymś ma być tragizm, to właśnie w samym głównym bohaterze, który zawsze, ostatecznie, równocześnie wygrywa i przegrywa, uczy nas optymizmu, tego, że nawet z najgorszych tarapatów uda nam się wyjść z uśmiechem na ustach i że każdy koniec jest też zawsze początkiem. Do tego właśnie miała nas doprowadzić 10 seria. Dużo w niej było nostalgii, aluzji do przeszłości i myślenia życzeniowego; nadziei, że wreszcie uda się świat nagiąć do wizji, którą bohater uważa za słuszną. Ostrej krytyki pod adresem naszej rzeczywistości – rasizmu, kapitalizmu, wyzysku i bezrefleksyjnego pędu. Nie jestem chyba odosobniona w opinii, że to jest właśnie rolą Doktora  – wskazywanie nam, czego powinniśmy się wstydzić w taki sposób, żebyśmy z entuzjazmem pobiegli to naprawiać.

Dziesiąta seria – a właściwie to trzydziesty szósty sezon – kończy whoviańskie kariery kilku najważniejszych osób tworzących serial. Żegnamy się z Peterem Capaldim, Stevenem Moffatem, najpewniej też z producentem, Brianem Minchinem, a także kilkoma innymi znanymi nam twarzami i sporą częścią ekipy produkcyjnej. To jednak całkowicie logiczne – to najlepszy moment na taką wymianę, da ona nowemu showrunnerowi swobodę kreowania serialu zgodnie ze swoją wizją. A możemy chyba zaufać, że wie, co robi i ma już plan. [http://gallifrey.pl/pomysl-swoje-serie-chris-chibnall/]

Mam nadzieję, że dziesiąta seria, ciepło przyjęta, choć najwyraźniej niewzbudzająca aż tak silnych emocji, zapadnie nam w pamięć i zapisze się w historii Whoniversum jako jedna z najlepszych w New Who. Wprowadziła ciekawe nowe wątki, uzupełniła kilka braków, takich jak geneza jednych z najważniejszych przeciwników Doktora czy pokazanie Lodowych Wojowników na Marsie; odhaczyła wiele motywów, których jeszcze nigdy nie było, a powinny się pojawić, jak niepełnosprawność czy orientacja towarzyszki; dostarczyła czystej fanowskiej radości, pokazując nam mondasjańskich Cybermenów, spotkanie dwóch inkarnacji Mistrza, wielokrotnie burząc czwartą ścianę. A poza tym pokazała nieco inny punkt widzenia na podróże Doktora, jego rozterki, możliwe relacje i wyzwania. Można jej zarzucić powtarzalność, bo niektóre z rozwiązań fabularnych już widzieliśmy, wiele było też nawiązań do wcześniejszych odcinków, zarówno z epoki Moffata, jak i poprzednich, ale nadaje to ramy ostatnim sześciu seriom i dodaje im spójności. A przy tym pozostawia nas z wieloma pytaniami, na które być może odpowie odcinek bożonarodzeniowy, może dopiero serie Chibnalla, a może nikt – niedopowiedzenia też są ważne, bo tam właśnie zaczyna działać nasza wyobraźnia.

Jeśli więc należycie do tych osób, które w okolicach ósmej serii nieco się zraziły lub nie pozwoliły Peterowi Capaldiemu przekonać się do Dwunastego Doktora – dajcie szansę dziesiątej serii. To nie tylko koniec epoki i wiele pożegnań, ale też, po prostu, bardzo dobre fabuły, wspaniale realizowane, dopracowane i dostarczające widzom wiele satysfakcji i radości.

Korekta: Ginny Nawrocka

Więcej znajdziesz na:


blog comments powered by Disqus