"Ghost in the Shell" - dyskusja na temat filmu

Czy w tym pancerzu jest dusza?

 

Ghost in the Shell Ruperta Sandersa to jedna z najbardziej oczekiwanych, ale i najbardziej kontrowersyjnych premier roku. Ilu ludzi, tyle zdań – dlatego filmowi nieco bliżej przyglądają się Osti i Joanna.

 

OSTI: W czasie seansu Ghost in the Shell – i długo po - zastanawiałem się, czy cokolwiek w tym filmie mi się nie podobało. I z radością stwierdzam, że nie znalazłem żadnego elementu, który w obrazie Ruperta Sandersa bym zmienił. Jestem wielkim fanem klimatów cyberpunkowych w filmie, literaturze i grach, a tematyka zagrożeń związanych z nowymi technologiami oraz tego, co definiuje nas jako ludzi, budzi we mnie żywe zainteresowanie.

 

Dlatego bardzo boli mnie, że większość hollywoodzkich produkcji marginalizuje i trywializuje tego typu rozważania – bzdurna Transcendencja jest tego najlepszym przykładem. Ghost in the Shell to zupełnie inna bajka. Choć zdaję sobie sprawę, że zamerykanizowana wersja jest mocno spłycona względem japońskiego oryginału, nie przeszkadza mi to – jeśli chodzi o cyberpunk w kinie, stawiam ją zaraz obok Blade Runnera i pierwszego Matrixa.

 

 

JOANNA: Rzeczywiście, jako samodzielny film jest to rzecz całkiem udana – imponująca przede wszystkim audiowizualnie. Przyznam, że nie oczekiwałam od aktorskiego Ghost in the Shell wiele (wszyscy wiemy, że zwiastuny lubią ładnie koloryzować), a otrzymałam dokładnie to, czego się spodziewałam – neonową ucztę dla oczu i uszu, clou ponowoczesnej kinematografii.

 

Jako adaptacja natomiast... Cóż, spodziewam się, że widownia zaznajomiona z mangą i jej animowanymi wersjami niechybnie się podzieli. Przed seansem odświeżyłam sobie animację z 1995 roku i z uśmiechem na twarzy obserwowałam sceny przeniesione na ekran z dokładnością co do kadru. Puryści zapewne dostrzegą w tym filmie kiepską trawestację. Można dyskutować, czy film Sandersa faktycznie depcze świętość, jaką dla wielu otaku jest Ghost... Trzeba jednak pamiętać, że to film zrobiony przede wszystkim dla widowni masowej, stąd uproszczenie i spłaszczenie niezwykle gęstego filozoficznie oryginału wydawało się nieuniknione.

 

OSTI: Z Ghost in the Shell jest chyba podobnie jak z adaptacją Władcy Pierścieni – Peter Jackson zubożył wspaniały świat wymyślony przez J.R.R. Tolkiena, ale nie oznacza to, że nakręcił kiepskie fantasy. Wszystkich narzekaczy na wersję ze Scarlett w roli głównej odsyłam zatem do oryginalnej mangi – a reszta niech wsiada ze mną do imaxowego pociągu w stronę Tokio przyszłości. A tak na serio, myślę, że nie da się zrobić adaptacji, która zadowoliłaby wszystkich. Cieszy mnie po prostu, że w końcu Hollywood podjęło się tematyki, która jest tak fascynująca, w sposób, na który ona zasługuje.

 

JOANNA: Tylko czy okrajając materiał źródłowy w tak znacznym stopniu twórcy nie sugerują widzowi: „hej, jesteś za głupi, żeby to pojąć!”? Dialogi są na tyle proste, by mógł zrozumieć je przeciętny, na wpół zainteresowany widz, moim zdaniem – jak na markę Ghost in the Shell – zdecydowanie zbyt proste. Filozoficzne rozważania, z których przecież słynie, zostały sprowadzone do łopatologicznego stwierdzenia – „nieważne, czym jesteś, o twoim człowieczeństwie decydują twoje czyny”. Stwierdzenia, przypomnę, powtarzanego w trakcie filmu wielokrotnie, jakbyśmy mieli problemy ze zrozumieniem przesłania za pierwszym razem. Tam, gdzie japoński oryginał otwiera pole do dyskusji, hollywoodzka wersja ucina ją. Grubą krechą.

 

 

OSTI: Rozumiem niechęć do okradania oryginału z jego głębi, ale chyba właśnie jest tak, jak napisałaś – 80% potencjalnej widowni nowego Ghost... to ludzie, którzy nie pojęliby istoty związanych z tematem rozważań . Może dopiero w drugiej części? Cyberpunk jest traktowany przez amerykańskie wytwórnie bardzo po macoszemu i przeciętny widz nie zdaje sobie chyba sprawy, jak bardzo złożona jest tematyka związana ze sztuczną inteligencją i jej samoświadomością, rozróżnieniem maszyny od człowieka – w momencie gdy ciało miesza się z technologią... Więc myślę, że Rupert Sanders chciał zrobić film, który połączy dwa odległe światy.

 

I choć przesłanie jest tu rzeczywiście podane jest bardzo łopatologicznie, to żyjemy w czasach, kiedy ludzie lubią dużo gadać, ale ich czyny nie zawsze idą za przekonaniami. Więc może takie uproszczenie i uwspółcześnienie idei GitS ma jednak sens?

 

JOANNA: Jak u Miłoszewskiego, zło bierze się z gadania? Może i ma to sens, jednak w tym przypadku odniosłam wrażenie, że scenarzyści aż nazbyt dosłownie wzięli do serca wers z utworu promującego film, cover kultowego Enjoy the silence – „words are very unnecessary”. I na to się nie zgodzę. Słowa są potrzebne, zwłaszcza, jeśli chce się nadać całości jakiś głębszy wymiar. Film Sandersa jest według mnie bełkotliwą, pełną frazesów i truizmów wydmuszką – piękną, ale pustą w środku.

 

A co sądzisz o obsadzie? Tyle mówi się o różnorodności w Hollywood, tymczasem wybór Scarlett Johansson wielu odebrało jako mało subtelny środkowy palec wystawiony w stronę azjatyckich aktorów...

 

OSTI: Taka mało rozgadana stylistyka generalnie całkiem mi odpowiada, chociaż rzeczywiście trudno jest czytać między wierszami, jeśli tych wierszy nie ma zbyt wiele. Jeśli chodzi o tematykę sensu życia, niełatwo uniknąć patosu i frazesów – dlatego jakoś nie uderzyła we mnie owa „wydmuszkowatość” filmu.

 

Co do wyboru obsady – biznes rządzi się swoimi prawami, gwiazdy przyciągają widzów do kin. Pogodziłem się z tym faktem już dawno, ba, staram się czerpać przyjemność z oglądania tych samych twarzy w różnych wcieleniach. Scarlett ma dość bogate doświadczenie w graniu postaci nie do końca ludzkich, a jej nazwisko to gwarancja dodatkowych milionów zielonych koleżków w kasie. Poza tym cały ten whitewashing można całkiem łatwo uzasadnić – już teraz świat jest globalną wioską, może za kilkanaście/-dziesiąt lat biały człowiek w Tokio nie będzie stanowił żadnej atrakcji.

 

 

JOANNA: Faktycznie, tutaj Tokio (imitowane zresztą przez cyfrowo podkręcony Szanghaj) jest multikulturowym tyglem na miarę, nie przymierzając, Los Angeles albo Nowego Jorku. Mamy strasznie melodramatyczną dr Ouelet, w którą wcieliła się Juliette Binoche, niezidentyfikowanego narodowościowo Batou, którego gra Duńczyk, Pilou Asbæk, i zaciągającego jakby z brytyjskim akcentem Kuze. Sama Scarlett gra zresztą cyborga, japoński mózg zamknięty w białym pancerzu, więc i tę teorię można by obronić. Myślę, że poradziła sobie całkiem dobrze, choć to nie ona zachwyciła mnie najbardziej – a, w teorii, powinna.

 

Ekran należy do dwóch aktorów przemykających po drugim planie – Takeshiego Kitano i Michaela Pitta. Obaj aż kipią charyzmą, a sceny z Kuzem przyprawiły mnie o ciarki. Niesamowite.

 

OSTI: Tutaj stuprocentowa zgoda z mojej strony – Michael Pitt po raz pierwszy zwrócił uwagę w Zakazanym Imperium i byłem bardzo ciekaw jego występu w GitS – razem z technikami od efektów specjalnych stworzył bodaj najciekawszą postać w filmie. Kitano, uważany przez wielu za człowieka–legendę, takiego właśnie bohatera wykreował. Absolutnie genialny występ!

 

Tak jak mówiłem już na początku – osobiście nic bym w GitS nie zmienił, dlatego dla mnie jest to film 10/10. Takie tytuły ukazują się niezwykle rzadko i wiem, że będę często do niego wracał.

 

JOANNA: A ja zdecydowanie chętniej wrócę do japońskiego oryginału! Hollywoodzkiej wersji wystawię zaledwie 6/10 – jest to całkiem przyzwoity film, lecz średnio udana adaptacja. Jak na ironię, w tym pancerzu zabrakło mi ducha.

 

Korekta: Damian "Nox" Lesicki

 

 


blog comments powered by Disqus