"Ghostbusters: Pogromcy duchów" - recenzja filmu

Autor: osti

Pogromcy humoru

Odświeżona wersja Pogromców duchów od początku nie należała do najbardziej oczekiwanych powrotów klasyka z nomen omen zaświatów. Film na długo przed premierą spotkał się z ostrą falą krytyki, która przybrała apokaliptyczne rozmiary po wypuszczeniu pierwszego zwiastuna. Twórcy bronili się jak mogli, ataki odpierając argumentem, że internetowi hejterzy to szowiniści, niezadowoleni z faktu, że tym razem duchy łapią panie, a nie panowie.

Sęk w tym, że ta „płciowa zmiana” nie była wcale takim złym pomysłem (dobrym też nie, ale to temat na dłuższą dyskusję), nowi Pogromcy duchów są jednak filmem bardzo kiepskim w zasadzie w każdym innym aspekcie. Najjaśniejszym – i w zasadzie jedynym naprawdę udanym – elementem produkcji jest często wykorzystywany motyw muzyczny, który stanowi spoiwo całej serii. Oprócz tego mamy do wyboru może dwa ciekawe występy gościnne i... to w zasadzie koniec.

Genialny pomysł na fabułę nie jest może podstawą udanej komedii, ale miło by było, gdyby scenariusz potrafił zaangażować widza w stopniu choćby minimalnym. W remake'u klasyka widzimy tylko coraz większą ilość latających po ekranie zielonych i niebieskich duchów, które nasza dzielna załoga musi wyłapać. Decyzja o tym, żeby oprzeć film nie na historii, lecz w całości na humorze byłaby niezła...

...gdyby faktycznie było tu z czego się śmiać. Doskonale rozumiem koncepcję wyolbrzymiania pewnych cech postaci, ale większość bohaterów Pogromców duchów jest przerysowana tak mocno, że aż wzbudza uczucie totalnej żenady. Bardzo szybko staje się to męczące dla widza – z ręką na sercu przyznam, że nie opuściłem kina w połowie seansu tylko z poczucia recenzenckiego obowiązku.

Kristen Wiig na ekranie prezentuje się całkiem przyzwoicie, jej postać nie otrzymała zbyt wielu błyskotliwych kwestii, ale przynajmniej nadrabia dobrą miną. Humor prezentowany przez Melissę McCarthy, Kate McKinnon czy Leslie Jones jest bardzo specyficzny i na długo pozostanie przedmiotem sporów – można go lubić lub nie znosić. Każdy chyba jednak przyzna (w duchu?), że w konfrontacji z oryginalnymi Pogromcami duchów, kobieca załoga wypada bardzo blado... Tym bardziej, że najzabawniejszy z nowej ekipy jest właśnie facet! Chris Hemsworth zaliczył rewelacyjny, pełen autoironii i dystansu do siebie występ, którym prawie udało mu się uratować cały film.

Niestety jak na komedię nie przystało, zabrakło tutaj poczucia humoru. Bohaterki przez większość czasu rzucają hasła typu „w tym antygeneratorze nanoplazmy zamontowałam akcelerator cząsteczek wodoroidalnych, żeby wzmocnić manifestację kosmoplazmozy”, co nie jest zabawne ani za pierwszym, ani za dwudziestym razem. Inny typ tzw. żartu? Ekipa testuje nowe urządzenie i przez przypadek wysadza w powietrze skuter dostawcy azjatyckiego żarcia, który jest z tego powodu niezadowolony. Koniec gagu. Serio.

Bardzo starałem się znaleźć jakieś zalety nowych Pogromców duchów. Należą do nich niewątpliwie kultowy motyw muzyczny, rola Chrisa Hemswortha i błyskotliwe kilka sekund Dana Aykroyda na ekranie. Na resztę – jak i na cały film zresztą – lepiej spuścić zasłonę milczenia.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus