"Strażnicy Galaktyki vol. 2" - recenzja filmu

Panie Gunn, dziękujemy!

Gdy zapowiadano pierwszą część Strażników Galaktyki, wiele osób niezwiązanych bardzo mocno ze światem komiksów zastanawiało się o kogo właściwie chodzi. Jak się okazało reżyser i główny scenarzysta filmu – James Gunn – zaserwował widzom niesamowicie zabawny obraz pełen akcji i świetnej fabuły. Po blisko trzech latach ten sam człowiek dał nam kontynuację swojego arcydzieła i można powiedzieć, że nie zawiódł oczekiwań.

Akcja Strażników Galaktyki vol. 2 rozgrywa się około pół roku po części pierwszej. Tytułowi bohaterowie działają teraz jako najemnicy i żyją od zlecenia do zlecenia. Gdy po jednej z misji pakują się w tarapaty, z pomocą przychodzi im tajemniczy Ego (Kurt Russell). Od tego momentu wszystko zaczyna się komplikować dla protagonistów.

Pod kątem fabularnym film nie ustępuje oryginałowi. Niezwykle wciągająca historia praktycznie w ogóle się nie nudzi przez ponad dwie godziny trwania seansu. Co ważne, obraz nie próbuje być kalką pierwszej części. Jest to w pełni nowy film nawiązujący do poprzedniego, lecz nie żerujący jedynie na jego sukcesie. Ciekawe jest też to, że osoby nie będące na bieżąco z filmami Marvela nie powinny mieć problemów ze zrozumieniem fabuły. Strażnicy Galaktyki vol. 2 spokojnie mogliby funkcjonować niezależnie od reszty filmowego uniwersum, a i tak być hitem. Kolejnym plusem jest humor obecny w filmie. Wszystkie żarty oraz gagi znowu zostały napisane z głową i widz nie odnosi wrażenia jakby były wciśnięte na siłę. Interakcje między postaciami zostały także świetnie przedstawione. Niesnaski między bohaterami to prawdopodobnie najciekawszy element filmu, bo to właśnie one prowadzą najczęściej do wspomnianych wcześniej żartów. Poza tym główny wątek produkcji, w którym dowiadujemy się więcej o przeszłości Star-Lorda (Chris Pratt) i jego ojcu, również został ciekawie poprowadzony. Wątki poboczne, takie jak konflikt między Gamorą (Zoe Saldana) a Nebulą (Karen Gillan) czy powracające stare problemy z grupą Łowców dowodzoną przez Yondu (Michael Rooker), dodatkowo napędzają akcję i pomagają rozwijać trzon historii.

Ważnym elementem pierwszej części Strażników Galaktyki była ścieżka dźwiękowa. Przeboje takie jak Hooked on a feeling, Moonage Daydream czy Come And Get Your Love doskonale wpasowały się w klimat filmu. Dobór piosenek do „dwójki” niewątpliwie był sporą zagwozdką dla twórców. Na tym polu też nie ma się specjalnie do czego przyczepić, choć sporo osób zapewne stwierdzi, że w oryginale można było posłuchać lepszych utworów. I mogą mieć pod tym względem rację. Warto jednak pamiętać, iż jest to przede wszystkim kwestia indywidualnego gustu i nie da się w niej być w pełni obiektywnym.

Pod kątem realizacji znowu nie ma raczej na co narzekać. Świat zbudowany głównie z efektów komputerowych jest piękny. Lokacje, takie jak planeta Suwerennych czy świat Ego, zostały stworzone z niemałą fantazją. Także stworzenia powstałe w komputerze wyglądają fantastycznie. Przykładem niech będzie mackowaty potwór, z którym Strażnicy walczą w pewnym momencie filmu –  jest doskonale ohydny. Lecz  to nie on robi największe wrażenie. Wygrywa pod tym względem oczywiście mały Groot, któremu ponownie głosu udzielił Vin Diesel. Jego wygląd i animacja są świetne. Sposób w jaki się porusza – chodzi, biega, a nawet tańczy – jest naprawdę ładny. Poza tym Groot jest także postacią o prawdopodobnie najlepszej mimice twarzy. Radość, zaciekawienie, smutek, strach – wszystkie te emocje można doskonale odczytać z jego ślicznej buźki. Maluch potrafi się też czasem nieźle zdenerwować, czego efektem są za pewne najsłodsze ujęcia szału w historii kina.

Aktorsko produkcja także jest bardzo imponująca. Ci członkowie obsady, którzy pojawili się już w poprzedniej części, potwierdzili jedynie, że są właściwymi osobami na właściwych miejscach i nie ma specjalnie sensu dodatkowo się nad tym rozwodzić. Warto natomiast powiedzieć nieco więcej o nowych aktorach i tym jak poradzili sobie na tle kolegów i koleżanek z planu. Najważniejszy dla fabuły jest oczywiście Kurt Russell wcielający się w rolę Ego. Można powiedzieć, że zrobił bardzo dobre wrażenie jako postać kluczowa dla całej historii. Aktor nie zawiódł oczekiwań i zagrał jak na weterana Hollywood przystało – solidnie i przekonująco. Trzeba także wspomnieć o debiutującej (podobnie jak Russell) w uniwersum Marvela Pom Klementieff. Grana przez nią Mantis jest zagubiona i nie radzi sobie z kontaktami z innymi istotami rozumnymi. Prowadzi to często do komicznych wręcz sytuacji jak chociażby w scenie znanej z jednego ze zwiastunów, gdy demonstruje swoje moce. Aktorka sprostała roli, dzięki czemu Mantis ustępuje swoim urokiem jedynie Grootowi. Warto jeszcze wspomnieć o Elizabeth Debicki grającej Ayeshę. Jej postać, pełniąca rolę dodatkowego antagonisty, została zagrana dobrze. Kapłanka ze świata Suwerennych jest zarozumiała i skupiona na celu. Wymaga ona dodatkowego zgłębienia w późniejszych filmach, lecz zapowiada się ciekawie. Na temat Stakara/Starhawka, w rolę którego wcielił się Sylvester Stallone i innych postaci drugoplanowych zbyt wiele na razie nie można powiedzieć. Aktor znany m.in. z cyklu o Rambo pojawił się zaledwie w kilku scenach, trudno więc na tej podstawie wystawić obiektywną ocenę.

Strażnicy Galaktyki vol. 2 to film, który trzeba obejrzeć niezależnie od tego czy jest się fanem adaptacji komiksów, czy też nie. Obraz zapewnia mnóstwo rozrywki opartej na świetnym scenariuszu i doskonale dobranej obsadzie. James Gunn znowu pokazał dlaczego jest jednym z najlepszych twórców pracujących dla Marvela. Czy ta produkcja jest lepsza od „jedynki”? To jest kwestia sporna. Na pewno dorównuje oryginałowi pod niemal każdym względem.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus