Powiew świeżości czy odór padliny? - recenzja filmu „Hardcore Henry”

Autor: osti

Po obejrzeniu jednego ze zwiastunów Hardcore Henry ma się ochotę mówić już nie tylko o powiewie świeżości, ale o prawdziwej rewolucji. Oczywiście widok z perspektywy pierwszej osoby nie jest w kinie niczym nowym, jednak próba nakręcenia w ten sposób całego filmu musi robić wrażenie.

Słysząc kroki w korytarzu, postanawiam przywitać moich nieprzyjaciół granatem odłamkowym. Wybiegając im na spotkanie z gotowym do strzału karabinem widzę kątem oka, że moja niespodzianka zrobiła na jednym wybuchowe wrażenie. Korytarz jest ciasny, więc nie zważając na rozrzut broni opróżniam magazynek jedną długą serią, powalając kolejnych dwóch niemilców. W moją stronę mierzy jednak jeszcze jedna lufa. Wiedząc, że nie mam czasu na przeładowanie, sięgam do wiszącej u pasa kabury i rzucając się równocześnie w bok, oddaje kilka strzałów z pistoletu.

Dotychczasowe (raczej nieśmiałe) próby filmowców, aby ukazać akcję z perspektywy dobrze znanej fanom gier wideo, osiągały raczej skromne efekty. Tym razem zapowiadało się, że będzie inaczej. I faktycznie – obraz widziany oczami głównego bohatera ogląda się całkiem dobrze. Nie psuje go nawet uczucie chaosu, spotęgowane trzęsącą się kamerą. Pod tym względem twórcy odnieśli pełny sukces, który zawdzięczają przede wszystkim doświadczeniu, zdobytym m.in. podczas kręcenia rewelacyjnego teledysku Biting ElbowsBad Motherfucker (wideo poniżej)

Budynek, który miał dać schronienie, okazał się śmiertelną pułapką. Wszystkimi drzwiami i oknami wlewali się przeciwnicy. Wierna strzelba i ostatni granat zrobiły w ścianie wrogów lukę wystarczającą, aby wyrwać się z okrążenia. Tylko co dalej? Kupiłem sobie nieco czasu, ale na otwartej przestrzeni wcale nie jest bezpieczniej.

Hardcore Henry czerpie inspiracje z gier wideo nie tylko w kwestii spojrzenia na świat. Również tzw. fabuła silnie opiera się na standardach przyjętych w strzelankach. Sęk w tym, że nawet najgorsza, najbardziej prostacka i beznadziejna historia może obronić się FPSie o dużej grywalności. Niby z filmami bywa podobnie, jednak kiepski scenariusz jest elementem, który pogrążył niejedną już hucznie zapowiadaną produkcję. Grom znacznie łatwiej wybaczyć fabularne kalectwo, gdyż wcielając się w postać i kierując jej poczynaniami, osiągamy zupełnie inny rodzaj immersji.  Tytułowy Henry nie może mówić i nic nie pamięta, a jego przeciwnikiem jest nadprzyrodzony blond typek, którego celem jest oczywiście stworzenie armii superżołnierzy i przejęcie władzy nad światem... Do tego wieńczący „dzieło” twist fabularny to prawdziwe zaskoczenie –  dawno w kinie nie widzieliście czegoś tak przewidywalnego...

Amunicja do snajperki już się skończyła, zresztą przykryty huraganowym ogniem kilkunastu karabinów dach przestał być atrakcyjną miejscówką. Upadek z tej wysokości zostawiłby mokrą plamę z każdego człowieka bez zamontowanych przy pomocy nanotechnologii wzmocnień. Chwila odpoczynku za murkiem, aby zregenerować obrażenia i już można wracać do walki. Jak to dobrze być półcyborgiem.

Aktorstwo jest największą zaletą i równocześnie największą wadą produkcji. Sharlto Copley po raz kolejny wykreował barwną i interesującą postać – a nawet kilka (co jest oczywiście „uzasadnione fabularnie”). Niestety, nie licząc mięsa armatniego, na ekranie widzimy w zasadzie tylko jego. Popychający czasem historię do przodu Danila Kozlovsky i Haley Bennett zaliczyli nie dość, że niewielkie, to jeszcze nieudane role. Szczególnie denerwujący jest czarny charakter, którego teatralne zachowanie razi sztucznością – wzbudza irytację w sposób raczej niezamierzony, gdyż niechęć wywołuje cała kreacja postaci.

Wystarczyło wyczekać na dogodny moment, aby zdetonowany ładunek wybuchowy zamienił pierwszy wóz konwoju w płonącą kupę złomu. Pasażerowie drugiego nie dostali nawet szansy na wyjście z auta. Niedobitki trzeciego uciekały w popłochu, poganiane charakterystycznym szczekaniem kałasznikowa.

Hardcore Henry to film, który z pewnością docenią fani brutalnego poczucia humoru. Tytułowy bohater mógłby stanąć w szranki z Deadpoolem i Johnem Wickiem w konkursie na najbardziej efektowne zabójstwo. Miałby zresztą spore szanse wygrać! Twórcy nie silą się na dowcip, a i tak widzowie raz po raz wybuchają śmiechem. Nawet niezbyt uważny obserwator dostrzeże liczne odniesienia do klasyki i typowe „mrugnięcia okiem” w stronę odbiorcy, co również należy uznać za spory plus produkcji.

Nietypowa perspektywa to duża zachęta, aby obejrzeć Hardcore Henry'ego. Niestety, jest to film jednej zagrywki. Jako zapalony gracz wynudziłem się w czasie seansu i mniej więcej po godzinie miałem ochotę wyjść z sali, wiedząc, że obraz Ilyi Naishullera niczym już mnie nie zaskoczy. Można go polecić jako ciekawostkę, należy mieć jednak na uwadze, że jest to zwyczajna gra wideo, odarta z tego, co w grach najfajniejsze – uczucia wpływu na wydarzenia mające miejsce na ekranie.

Wszystkie zaznaczone kursywą fragmenty tekstu opisują typowe scenariusze spotykane w najpopularniejszych grach wideo. Każdy z nich oddaje także sceny, które zobaczyć można w czasie seansu Hardcore Henry'ego. Jeśli nie mieliście okazji strzelać w Call of Duty ani Battlefieldzie, nie dokonaliście płatnego morderstwa jako Hitman, ani nie przywdzialiście dającego przewagę na polu bitwy nanokombinezonu rodem z Crysis, a podobał Wam się recenzowany film – może czas nieco pograć?

korekta: Joanna Biernacik

 

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus