Ten domek nie rozpadnie się zbyt szybko - recenzja 4 sezonu serialu "House of Cards"

Autor: osti

Dzięki House of Cards wiele osób po raz pierwszy usłyszało o czymś takim jak Netflix. Platforma od dobrych paru lat święci triumfy na Zachodzie, a produkcja z Kevinem Spacey w roli głównej jest sztandarowym przykładem tego sukcesu. Jak wypada czwarty sezon serialu, który w zasadzie już w momencie ukazania się pierwszego odcinka stał się kultowy?

 

Seria od samego początku trzyma bardzo równy poziom i jest to absolutnie klasa światowa. Nie inaczej jest z sezonem oznaczonym cyfrą 4. Kontynuuje on wątki podjęte we wcześniejszych epizodach, jednak ich znajomość nie jest konieczna, aby docenić kunszt produkcji. Wierni fani będą się jednak bawić znacznie lepiej, gdyż otrzymają możliwość obserwacji powolnych zmian zachodzących w bohaterach.

„Kto nie idzie do przodu, ten się cofa” – ta stara prawda z pewnością przyświeca państwu Underwood, wokół których atmosfera znacznie zgęstniała w ostatnich czasach. Po serii genialnych posunięć i rozstawiania przeciwników po kątach, w końcu los przestał się do nich nieustannie uśmiechać (w czym zresztą bardzo często mu pomagali). Na horyzoncie pokazało się wielu nowych rywali, którzy stanowią znacznie większe wyzwanie niż dotychczas – jest to oczywiście konsekwencja gry o stawkę większą niż dotychczas.

 

Do tej pory partnerstwo Franka Underwooda z Claire było jedynie pozorne – to on zgarniał wszelkie zasługi, zostawiając żonie pozycję numer dwa. W czwartej serii ten balans sił zostaje mocno zachwiany. Nie pokusiłbym się o stwierdzenie, że to Claire wychodzi na pierwszy plan, jednak w końcu staje się równoprawną towarzyszką prezydenta, który jest od niej z każdą chwilą coraz bardziej zależny. Wzrasta też rola sztabu doradców Franka, już nie tylko ślepo wykonują oni polecenia swojego szefa, ale też często wykazują się własną inicjatywą (co nie zawsze wychodzi ekipie na dobre).

Twórcy serialu pokazują też z bliska rywala Franka Underwooda w wyborach prezydenckich. Grany przez Joela Kinnamana ambitny polityk początkowo wydaje się widzom zupełnym przeciwieństwem głównego bohatera serialu. Bardzo szybko okazuje się jednak, że siarczyste przemowy młodego idealisty to tylko fasada, gdyż w gruncie rzeczy jest on tak samo zdeprawowany, jak bardziej doświadczony przeciwnik.

 

House of Cards nie jest obrazem trudnym w ocenie. Perfekcyjnie dawkowane napięcie, wiarygodna i bardzo aktualna problematyka serialu idealnie komponują się z doskonałą kreacją bohaterów. Zresztą przy tak napisanych postaciach, nawet najgorsi aktorzy potrafiliby wykrzesać w widzach sympatię i zainteresowanie. Kevin Spacey początkowo skradł całe show dla siebie, nie ma jednak wątpliwości co do tego, że również Robin Wright stanowi o wielkiej sile produkcji. Doskonałe postaci stworzyli też aktorzy drugoplanowi, których niestety jest zbyt wielu, aby wymienić wszystkich.

Przed postawieniem sezonowi czwartemu House of Cards najwyższej oceny należy jednak chwilę się zastanowić. I 10/10 z pełnym przekonaniem postawić, gdyż jest to jedna z najlepszych produkcji politycznych ostatnich lat, jedna z najlepszych kreacji Kevina Spacey'ego w jego błyskotliwej karierze i zwiastun nowych czasów, w których obrazy kręcone na potrzeby streamingu internetowego i telewizji osiągają poziom produkcji kinowych. House of Cards po prostu trzeba znać.

Korekta: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut

 


blog comments powered by Disqus