"Iron Fist" - recenzja serialu

Marvel’s Arrow

Iron Fist recenzja serial netflix premieraWydaje się, że zarówno w filmowym, jak i w serialowym świecie Marvelowi udało się znaleźć idealny przepis na opowieści o superbohaterach. Podążanie wciąż za tym samym schematem niesie jednak ze sobą ryzyko. Podczas oglądania historii Danny’ego Randa widz z utęsknieniem czeka na moment, w którym twórcy zaskoczą go czymś oryginalnym. Niestety w pierwszej połowie sezonu tak się nie dzieje.

Pasmo sukcesów studia Marvel trwało tak długo, że potknięcie było nieuniknione. Widzowie, których męczyło już uznanie, jakim mimo swojej wtórności cieszyły się produkcje Marvela, mogą wreszcie uśmiechnąć się pod nosem z mściwą satysfakcją. Chociaż w przypadku Iron Fista z pewnością nie można mówić o totalnej klapie, to spadek jakości względem poprzednich netfliksowych seriali z MCU jest wyraźnie widoczny. Serialowi bliżej poziomem do konkurencyjnego Arrowa, niż do Jessiki Jones czy Daredevila.

Opowieść o Dannym Randzie jest zresztą dość mocno zbliżona do historii Olivera Queena. Obaj bohaterowie są uważanymi za zmarłych przed laty dziedzicami wielkich fortun. Cudem ocaleli z katastrof, na skutek których stracili ojców (Danny również matkę) i znaleźli się w miejscach odciętych od świata. Tam uczyli się walki i stopniowo zyskiwali umiejętności, które później wykorzystują w walce z przestępczością. Jednymi z ich antagonistów okazują się dawni przyjaciele i partnerzy w interesach ich rodziców. Obaj muszą też stawić czoła orientalnej sekcie skrytobójców. Podobieństw jest sporo, a główną różnicą, przynajmniej początkowo, jest to, że Iron Fist w niewielkim stopniu korzysta ze swoich zdolności i raczej nie prowadzi działalności superbohatera.

Iron Fist recenzja Netflix premiera

W porównaniu do wcześniejszych seriali Marvela emitowanych na Netfliksie, ten wydaje się najmniej ciekawy pod względem stylu. Daredevila charakteryzowała duża ilość nocnych zdjęć, różnokolorowe oświetlenie i wszechobecny „brud”. Jessika Jones była raczej szara i „realistyczna”, co dość dobrze korespondowało z fabułą skupiającą się na powracającej traumie oraz problemach codzienności. Luke Cage z kolei wykorzystywał scenografię, kolorystykę i muzykę rodem z produkcji blacksploitation. W Iron Fiście zdecydowanie brakuje tego typu stylistycznych odniesień. Jest tu trochę pseudorealizmu rodem z Jessiki Jones, nieco nocnych scen à la Daredevil i bardzo dużo przeciętności. Twórcy mogli pokusić się o wykorzystanie większej liczby dalekowschodnich motywów albo w jakiś inny sposób urozmaicić scenografię i zdjęcia w przygodach obrońcy K’un Lun. Nowy serial Netflixa i tak stoi o poziom wyżej od zupełnie nijakich pod tym względem Agentów T.A.R.C.Z.Y., ale trudno uznać to za jakiekolwiek osiągnięcie. Nawet wspomniany wcześniej Arrow, choć z różnych względów krytykowany, dzięki swojej wszechobecnej zieleni wypada ciekawiej.

Problemem jest również scenariusz, który najzwyczajniej w świecie nie jest interesujący. Trudno powiedzieć, czy zmieni się to w drugiej połowie sezonu. Bo chociaż historia w końcu się rozkręca, to do tej pory marvelowym serialom częściej zdarzało się mieć lepsze odcinki początkowe, niż końcowe. Może jednak po przebrnięciu przez obyczajowe wątki rodem z Mody na sukces (lub Arrowa) nastąpi zwrot ku mistycznej intrydze oraz widowiskowej akcji z dużą ilością kung-fu, wojowników ninja i superbohaterskich pojedynków? Nie spodziewałbym się jednak jakiegoś wielkiego skoku jakościowego.

Jak na razie Iron Fist nie zachwyca i wszystko wskazuje na to, że pozostanie najsłabszym z netfliksowych seriali stanowiących podbudowę pod Defenders. Zamiast „żelaznej pięści” dostaliśmy zaledwie lekkiego kuksańca.

Recenzja powstała na podstawie pierwszych 6 odcinków serialu

Iron Fist premiera recenzja


blog comments powered by Disqus