"To" - dyskusja na temat filmu

Chcecie balonika?

Fabryka Snów kocha Stephena Kinga, którego książki namiętnie ekranizuje do lat. Prawdopodobnie sam mistrz grozy nie byłby w stanie policzyć wszystkich adaptacji jego dzieł. Niemniej, niewiele  z nich zapisało się złotymi zgłoskami w historii kina, niczym Lśnienie czy Skazani na Shawshank. Z reguły są to porażki pokroju Mrocznej wieży. Jak wypada na tym tle nowe To? Czy jego twórcy znaleźli sposób na wykorzystanie jednej z najlepszych książek Kinga? O filmie dyskutują Mateusz i Adrian.

Mateusz: Jestem pozytywnie zaskoczony To Andresa Muschiettiego. Już dawno nie widziałem tak dobrego horroru, który w starym, klasycznym stylu, przede wszystkim oparty jest na solidnym scenariuszu. Podobnie jak w książce, film rozpoczyna się iście hitchcockowskim mocnym uderzeniem. Scena z Georgiem jest równie przerażającą i emocjonalną, co dającą do myślenia każdemu rodzicowi. W kolejnych minutach scenarzyści konsekwentnie budują historię oraz sylwetki bohaterów, dzięki czemu elementy kina gatunkowego i sceny z Pennywise’em stanowią wisienkę na torcie. Ujęcia mają w sobie coś szalenie wstrząsającego i makabrycznego, a przede wszystkim nadzwyczaj klimatycznego. Odnosimy wrażenie, że w przeciwieństwie do współczesnych horrorów, najpierw pisano scenariusz, a następnie tworzono wizualny aspekt kluczowych scen. Obecnie w kinie grozy popularne jest natomiast kreowanie coraz to bardziej wymyślnych i krwawych zgonów, do których dopisywana jest później fabuła.  Czy Tobie również spodobał się obraz Muschiettiego? Co sądzisz o nowej wizji Pennywise’a?

Adrian: Przyznam, że obawiałem się, jak zostanie przedstawiona jedna z najbardziej znanych scen, związana z Georgiem. To jednak się udało. Zagrały tu świetnie zarówno klimatyczne ujęcia, kolory, jak i potęgujące napięcie z każdą kolejną minutą seansu. Samo To oczarowało mnie. Z jednej strony zachwyciłem się wizją Muschiettiego i tym, w jaki sposób prowadził historię znaną nam z książki Stephena Kinga, a z drugiej – tym, jak świetnie wszystko zostało przemyślane. Jak wspomniałeś, dokładnie poznajemy postacie, które z czasem staną się słynną paczką The Losers’ Club. Sam Pennywise w pewnym sensie jest dodatkiem, ale każde pojawienie się „Tego” wywołuje gęsią skórkę

Mateusz: Klaun faktycznie kilkukrotnie mnie wystraszył (starego wyjadacza). Podobno twórcy nowego To zaproponowali powrót do roli Timowi Curry’emu, jednak aktor odmówił ze względu na zły stan zdrowia. Jego Pennywise był fenomenalnie creepy, równie zabawny, co przerażający. Szczerze powiedziawszy, dostrzegłem w nim pewne nawiązania do pedofilii. Bill Skarsgård wniósł jednak do roli morderczego klauna powiew świeżości, dzięki czemu kultowy łotr na nowo stanie się jednym z największych straszaków na najmłodszych. Warto zauważyć, że twórcy od początku kreują Pennywise’a na upiornego i diabolicznego pożeracza dzieci. Skarsgård kradnie każdą scenę swoim charakterystycznym mrokiem, strasznym i potwornym uśmiechem, a przede wszystkim przerażającą mimiką twarzy oraz teatralnymi gestami. Porównanie Curry’ego do Billa przypomina mi różnorodność interpretacji roli Jokera (komicznego Nicholsona oraz nieprzewidywalnego Ledgera). Czy któraś z tych dwóch wersji Pennywise’a przypadła Ci bardziej do gustu?

Adrian: Ciężko porównywać te dwie, jakże różne kreacje. Z jednej strony nieco zabawny Tim Curry, który był klaunem takim, jakiego większość z nas pamięta z wizyt w cyrku. Z drugiej – Bill Skarsgård, który strojem nie jest zbyt współczesny, ale na widok którego dostajemy ciar. O to przecież chodzi. Ubolewam, że Curry nie wrócił w epizodycznej roli. Warto jednak przed seansem kinowym, sięgnąć po serialową adaptację z lat dziewięćdziesiątych. Mimo 27 lat (znacząca liczba) od realizacji, nadal wzbudza zainteresowanie ukazaną historią. Jestem fanem zarówno Pennywise’a w wykonaniu Curry’ego, jak i Skarsgårda.

Mateusz: Po filmie moja klaunofobia ponownie odżyła. A Ty boisz się tych pomalowanych i dziwnie uśmiechniętych przebierańców?

Adrian: Nigdy się ich nie bałem, chociaż po nocnym seansie moją kolekcję klaunów z dzieciństwa schowałem do kartonu.

Mateusz:  Ja zacząłem się ich bać dopiero po lekturze książki Kinga (to jedna z moich ulubionych). Niemniej, wiele z pomysłów autora trudno byłoby przenieść na ekrany kin (seks i pojedynek z Pennywise’em), dlatego całkiem sensownie i z pozytywnym skutkiem zmieniono kilka scen. Reżyser To dokonał czegoś, co wcześniej udało się Kubrickowi i Darabontowi, Twórca filmu po swojemu zinterpretował dzieło Kinga, wyciągając z niego to, co najlepsze, przy jednoczesnym wprowadzeniu swoich autorskich zmian do scenariusza (zjawiskowa scena krwawej łazienki nawiązująca do dzieła Kubricka). Muschietii potraktował książkę jako materiał bazowy, dzięki czemu jego produkcji zdecydowanie bliżej klimatem i charakterystycznym wydźwiękiem do dzieła mistrza grozy niż do kiczowatej i wierniejszej oryginałowi adaptacji z 1990 roku. Czytałeś książkę? Jakie zmiany w nowym To zauważasz względem pierwszego obrazu?

Adrian: Nie ukrywam, że książka nadal leży w mojej biblioteczce nieprzeczytana. Na seans szedłem pamiętając kilka scen z poprzedniej, telewizyjnej wersji z Timem Currym. Niemniej, wiele sekwencji użytych w filmie Muschiettiego silnie nawiązuje do kina lat osiemdziesiątych. O to przecież chodziło. Cieszyło mnie oglądanie i wciąganie się w historię, a jednocześnie wyłapywanie kolejnych easter eggs ukazanych na ekranie.

Mateusz: Świetnie, że zauważyłeś klimat lat osiemdziesiątych, uznawanych za najlepsze w horrorach. W sukcesie To dopatrywałbym się upatrywałbym również dwóch bardzo ważnych czynników: fantastycznego miksu kina grozy z nowymi możliwościami wizualnymi, a także mody na „ejtisy”, która nastała po Stranger Things. Szczególnie zauważalny jest olbrzymi wpływ twórczości Kinga i To na serial Netflixa. W produkcji braci Duffer mocno powielone zostały schematy z książki (grupka dzieciaków, czasy, klimat, groza, tajemnica i poszukiwanie kumpla/brata). Nie zapominajmy o całej ilości easter eggów ukrytych w obrazie, stanowiących dodatkową rozrywkę w czasie seansu. Krytycy zapowiadają od lat zmierzch horrorów, bo nie mają one nic nowego do zaoferowania fanom,  znudzonym wszechobecnymi flakami i epatowaniem krwią na ekranie. Coś w tym jest, gdyż obraz Muschiettiego to pewna gatunkowa reanimacja, przywracająca zarazem to co dobre i sprawdzone, a jednak nie wnosząca do historii kina niczego nowego. Niemniej, pokuszę się o stwierdzenie, że to najlepszy horror ostatnich lat. A Ty w czym upatrujesz przyczyny sukcesu To?

Adrian: Lata osiemdziesiąte – to, w jaki sposób schematy powielane są współcześnie. Jak wspomniałeś, Stranger Things jest tego najlepszym przykładem. Sam Stephen King niejednokrotnie kreował w swoich powieściach i opowiadaniach paczkę dzieciaków, które trzymają się na dobre i złe (przypomnijmy chociażby opowiadanie Ciało czy książkę Łowca snów – także doczekały się filmowych odpowiedników). Za sukcesem To moim zdaniem stoi nie tylko świetny marketing, ale przemyślany scenariusz i realizacja. Zebranie wybranych wątków, wykreowanie postaci, potęgująca nastrój, muzyka, która w kilku scenach specjalnie jest wyciszona, a wraz z nadchodzącym zagrożeniem staje się coraz głośniejsza. Nazwisko Stephena Kinga było, jest i będzie marką samą w sobie. Nawet, gdy do kin trafiają tak nieudolne obrazy jak Komórka czy Mroczna wieża. Jednak historia To doczekała się pięknej i przerażającej zarazem ekranizacji, a kreacja samego Skarsgårda zasługuje na porządne oklaski na stojąco.

Mateusz: Zejdźmy nieco na ziemię i porozmawiajmy o poważniejszych aspektach filmu. Zauważyłeś, że w obrazie Muschiettiego duży nacisk położono na ostrzeżenie widza o prawdziwych potworach, czyli ukazanych w filmie ludziach? Na ekranie obserwujemy pełną gamę zwyrodnialców i kreatur, takich jak ojciec-pedofil, dzieciak-degenerat, leniwa i psychopatyczna matka, a także ślepych na zło dorosłych. Twórcy filmu, podobnie jak King, zwracają nam uwagę, że musimy uważać na nasze dzieci w świecie pełnym zagrożeń. Pennywise’a należy zatem rozumieć jako pewną alegorię pedofila, mogącego skrzywdzić nasze pociechy. To właśnie jeden z tych elementów, których brakuje we współczesnym kinie grozy, elementu dydaktycznego, przypominającego nam o poważnych sprawach.

Adrian:To przecież człowiek jest największym potworem. Kreacje dorosłych postaci są istotne dla filmu, ale ich wartość jest w pewnym sensie nijaka. Warto chociaż przypomnieć sobie relacje głównego bohatera z tatą kilka miesięcy po zniknięciu Georgiego. Sam Bill wraz z paczką znajomych chcą cieszyć się latem, ale i zarazem odkryć prawdę o tym, co nęka miasteczko Derry. Pokazuje to też obojętną postawę dorosłych, którzy mimo posiadania i wychowania swoich pociech, nie zawsze zwracają na nie uwagę. Świadczy o tym chociażby scena z Georgiem wychodzącym z domu w trakcie deszczu. Wspomniane przez ciebie kreacje innych postaci drugoplanowych, w tym hipochondrycznej matki Eddiego, dają do myślenia nawet po seansie – jak to się stało, że stali się takimi ludźmi.

Mateusz: King niewątpliwie zwraca uwagę na wyjątkowość, fantazję i odwagę dzieci, dlatego zbliżając się powoli do końca naszych rozważań, trudno byłoby nie wspomnieć o bardzo solidnych kreacjach młodych aktorów. Na uwagę zasługuje przede wszystkim Finn Wolfhard (znamy go przede wszystkim ze Stranger Things). Chłopak ma niesamowitą lekkość i talent, dzięki czemu stać go na wielką karierę. A czy Tobie ktoś szczególnie przypadł do gustu?

Adrian: Tak, Finn Wolfhard kradnie wybrane sceny. Jego dialogi (mimo, że z pikantnymi słowami) bawią, ale i podnoszą na duchu. Jeżeli chodzi o inne kreacje, to jestem dozgonnym fanem Jaedena Lieberhera, który jako jąkający się i nieco skryty Bill Denbrough nie poddał się w poszukiwaniu brata. Aktor zagrał naprawdę autentycznie. Pennywise w wykonaniu Billa Skarsgårda jest zniewalający, uwodzicielski, niebezpieczny i przerażający jednocześnie. Idąc na ten film, znałem jedynie wybrane kadry z materiałów promocyjnych. Specjalnie nie oglądałem żadnych zwiastunów. Taki seans zapewnił jeszcze większą rozrywkę. To bez kozery zasługuje na tytuł „najlepszego horroru 2017 roku”, a nawet „ostatnich lat”. Na takie kino grozy warto wybrać się do kin.

Mateusz: Przechodzimy do podsumowania. Czy poleciłbyś To znajomym? Czy na stałe zapadnie w Twojej pamięci i niecierpliwie będziesz czekał do do 2019 r. na drugi rozdział opowieści o The Losers’ Club?

Adrian: Jak najbardziej polecam seans filmu. Na drugi rozdział bardzo chętnie się wybiorę. Trzymam kciuki, by studio ponownie powierzyło Muschettiemu realizację dalszej historii The Losers’ Club.

Mateusz: Myślę, że reżyser powinien być spokojny o swoją posadę (film pobił rekord otwarcia). To jest zdecydowanie jednym z najlepszych horrorów ostatnich lat! Obraz Muschettiego wyróżnia się na tle współczesnego kina gatunkowego charakterystycznym klimatem, dydaktycznym wydźwiękiem, solidnym scenariuszem, niezwykłym pietyzmem, fenomenalną interpretacją kluczowych scen z książki Kinga oraz szalonym i przerażającym łotrem. Już nie mogę się doczekać kolejnegoTo!

Adrian: My odliczamy do 2019 roku, a wy dajcie się porwać To w kinach! Chcecie balonika?

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus