Bez medalu za "oryginalność"
Nic tak nie cieszy kinomana jak destrukcja na ekranie. Nieważne czy jest to wielka łapa Godzilli miażdżąca budynki Tokio, meteoryt niszczący wszelakie życie na naszej planecie czy też olbrzymie robale pełzające po ulicach Nowego Jorku – uśmiech na twarzy fana filmowej orgii zniszczenia nie znika ani na chwilę. Gdy więc świat opłynęła wiadomość, że kolejnym obrazem z serii „wspólnie przyglądamy się zagładzie świata, który znamy” zajmie się twórca kultowych już Mrocznego miasta oraz Kruka, wspomniany powyżej uśmiech stał się jeszcze szerszy. Czego zapowiedź dawała nam sama Zapowiedź? Miało być intrygująco, intensywnie, wizualnie rozbrajająco i poniekąd faktycznie tak jest. By jednak osiągnąć pełnię wyrazu, Alex Proyas mógł z powodzeniem skrócić film o jedną trzecią, bo tylko mniej więcej trzydzieści minut jego najnowszego filmu nadaje się do oglądania bez odruchu ziewania. Poniższą recenzję też można by było ograniczyć do następujących słów: kolejny samotny ojciec, kolejne cudowne dziecko, kolejna katastrofa, którą oglądamy z perspektywy kilkuosobowej grupki bohaterów, kolejna spaprana końcówka, kolejny przeciętny film.
Szkoła podstawowa, do której uczęszcza młody Caleb Coestler w roku 2009 świętuje wyjątkowy dzień. Pięćdziesiąt lat wcześniej w ramach specjalnego projektu, ówcześni uczniowie narysowali świat przyszłości zgodnie ze swoimi wyobrażeniami. Ich prace zamknięto w kapsule, ukrytej następnie w schowku przed szkolną bramą. Teraz nadszedł czas wyjęcia kapsuły i rozdania rysunków obecnym na uroczystości dzieciom, między innymi Calebowi, któremu dostaje się praca najdziwniejsza – zamiast kolorowych rakiet kosmicznych i wesołych ludków na ukwiecionych księżycowych łąkach, na białej kartce widnieje ciąg liczb. Ojciec chłopca, wykładowca akademicki John Coestler, przypadkowo odciskając kubek z kawą na wspomnianej kartce odkrywa znaczenie liczb: jest to zapis każdej większej katastrofy, która wydarzyła się w ciągu ostatnich trzydziestu lat na kuli ziemskiej. Zgodnie z tym, co odszyfrował John, pozostały jeszcze trzy niespełnione przepowiednie.
Pomimo że film Proyasa nie podąża ścieżką wyżłobioną przez Pojutrze, Górę Dantego i wiele innych produkcji katastroficznych polegających na schemacie, w którym osamotniony główny bohater w finale ratuje siebie, rodzinę i psa sąsiadów, nie zdobędzie nagrody w kategorii „oryginalność”. Nieczęsto zdarza się, że mamy okazję dosłownie wyjmować słowa z ust aktorów. Dialogi w Zapowiedzi to czysta sztampa mająca za cel tylko i wyłącznie pchnąć akcję do przodu, ewentualnie objaśnić, co aktualnie dzieje się na ekranie. Gdyby na moment w sali kinowej zniknął dźwięk, niewiele osób odczułoby brak mówionych kwestii, bo i tak słyszeliśmy niemal te same słowa w setkach innych produkcji. Ponadto dorzucić trzeba inny grzech twórcy obrazu Ja, robot: momentami zanikającą inteligencję bohatera kreowanego przez Nicolasa Cage'a. Zrozumiałe jest, że my, jako widzowie, z zasady wiemy więcej niż protagonista, gdyż mamy szerszą perspektywę udostępnioną nam przez wszędobylską kamerę. Możemy być wszędzie, w każdym czasie i miejscu, ograniczeni tylko wizją reżysera. John Coestler zamknięty w swojej ekranowej przestrzeni nie może dorównać nam swoim zasobem wiedzy o świecie przedstawionym. Mimo wszystko, nieumiejętność kojarzenia oczywistych faktów i dochodzenia do prostych wniosków przez uniwersyteckiego astrofizyka może budzić zdziwienie. Proyas od czasu do czasu przypomina sobie także o postępującym ateizmie, manifestowanym przez Johna co kwadras lub dwa. Aspekt ten jednak nie znajduje w filmie rozwinięcia – oby tylko nie pogłębić portretów głównych postaci dramatu; chyba taki cel przyświecał twórcy, jakby bojącemu się poświęcić więcej czasu zagadnieniom, jakim kino science-fiction nie raz stawiało czoła. Zostawmy jednak prawdopodobieństwo psychologiczne i zabierzmy się za to, po co przyszliśmy do kina: ogień, walące się budynki, krzyk młodych kobiet, wybuchające zbiorniki z paliwem, cokolwiek tylko trzeba by Dolby Surround dało koncert na naszych bębenkach. Trzeba przyznać, że pod tym względem Proyas spisał się na piątkę z plusem. Przedstawiona w Zapowiedzi kraksa samolotu sprawia, że dłonie samoistnie zaciskają się na poręczy fotela a plecy ścina zimny dreszcz. Przewracające się wagony metra koszące swoim ciężarem betonowe kolumny równie łatwo jak dziesiątki ludzi czekających na peronie to widok godny zapamiętania. Jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia. Pomimo że w wymienionych scenach udało się uchwycić żywioł kina w najczystszej postaci, reszta filmu sprawia wrażenie „wypełniacza”, przez który musimy przebrnąć, by zostać nagrodzeniu widokiem kolejnego nieszczęścia dokonującego się na naszych oczach. Tak, kinoman to zaprawdę dziwny gatunek.
O pozostałych minutach Zapowiedzi trudno pisać nie zdradzając, co prawda mało zaskakujących, zakrętów fabularnych, ograniczę się jednak do stwierdzenia, że tak żenującego zakończenia dawno w kinie nie oglądaliśmy. Tak, jest krew, pot i łzy, lecz do tego kolorowe motylki i pachnące kwiatuszki. Proyas niepotrzebnie zdecydował się ugiąc pod presją, której ulegli wcześniej zapewne Emmerich i inni, tworząc wymuszone happy endy, ociekające patosem. Pomimo że w Zapowiedzi nie uświadczymy amerykańskiej flagi powiewającej na zgliszczach Empire State Building w otoczeniu obejmujących się rodzin, reżyser postarał się o to, by nie targał nami niepokój po seansie i byśmy nie poczęli się zastanawiać nad kruchością istnienia naszej planety. W końcu zawsze ktoś nad nami czuwa.
Sklep
Forum










