„Kong: Wyspa Czaszki” - recenzja filmu

Autor: Korni

Gigantyczna nostalgia

Dwanaście lat temu mierzył się z nim Peter Jackson. Po przegranej, do walki z królem dżungli staje kolejny reżyser. W nowej filmowej odsłonie powraca do nas wzruszający i przerażający zarazem, wielki i przede wszystkim włochaty Kong. Czy znów okazał się tematem nie do udźwignięcia?

Nowy rozdział w historii Konga przenosi nas w czasy dawnej Ameryki – świata podnoszącego się z kolan po II wojnie światowej. Grupa śmiałków wyrusza w nieznane, aby odkryć tajemniczą wyspę schowaną gdzieś na Pacyfiku. Jak łatwo przewidzieć, spotykają tam monstrualnego króla. Nie jest on jednak jedynym zagrożeniem dla członków eskapady. O wiele groźniejsze są bowiem inne, nieznane dotąd gatunki potworów, w tym krwiożercze szkielety. Liczba osób wyprawy drastycznie szybko maleje, a pozostała garstka stara się przetrwać w niebezpiecznym świecie.

Fabuła filmu przypomina popularny w latach 90. serial Zaginiony Świat - nieskalana ludzką ręką natura stanowi śmiertelne zagrożenie dla odkrywcy. Z jednej strony ta rzeczywistość przeraża, z drugiej zaś nieodparcie pociąga. W takim impasie znajdują się nasi bohaterowie: zdystansowany łowca przygód James (Tom Hiddleston), odważna pani fotograf Mason (Brie Larson), bezwzględny pułkownik Preston (Samuel L. Jackson) i kierowany przez niego nieokrzesany dywizjon lotniczy oraz kilkoro naukowców o idealistycznych poglądach. Zlepek tak różnych charakterów zapowiada jedno - to nie będzie prosta ekspedycja. Problemy zaczynają się już na wstępie, kiedy obsesyjny dowódca, wykorzystując swój wojskowy autorytet, stara się zrealizować własną chęć mordu. Część grupy, nie zgadzając się z jego poglądami, buntuje się przeciwko pułkownikowi.

Niestety, za próbą rozbudowy charakterystyki postaci nie idzie jakość aktorstwa. W najnowszej produkcji Jordana Vogta-Robertsa żadne nazwisko z czołówki nie spełnia oczekiwań. Gdyby nie John C. Reilly, można byłoby przypuszczać, że po prostu na tle Konga nikt nie jest w stanie zabłysnąć. Postać Hanka Marlowa jest jednak zaprzeczeniem tej tezy. Lekko zwariowany, zagubiony kilkadziesiąt lat temu na wyspie pilot to najciekawsza człowiecza postać tego filmu. Poza jego rolą warstwę aktorską produkcji możemy potraktować w kategorii horroru klasy B i zgadywać, kto zginie następny.

Majestatyczny Kong jest bardziej interesujący pod względem emocjonalnym niż reszta ludzkich postaci. Mimika wielkiej małpy, ale także to jak się porusza czy sceny, kiedy kamera jest skupiona tylko na nim po prostu zachwycają. Trzeba oddać zasługi ekipie od efektów specjalnych, która po prostu uratowała tę produkcję. Inne niesamowite, mityczne stworzenia są równie pieczołowicie wykreowane i robią duże wrażenie nawet na widzu, który w dobie adaptacji fantastycznych komiksów niejedno już widział. Walki stworów, w tym finałowa potyczka bossów, na tle przepięknych krajobrazów zaginionej wyspy to widok godny „kopiuj-wklej” na tapetę. Tak, bez wątpienia Kong: Wyspa Czaszki to majstersztyk wizualny, za którym można zatęsknić.

Zalety zdjęć i efektów specjalnych zakrywa jednak nie tylko słabe aktorstwo, ale również pchana na siłę proekologiczna misja, która towarzyszy produkcji. Vogt-Roberts dobrze to sobie wymyślił - pięknymi widokami jesteśmy jawnie manipulowani, a uczłowieczona wielka małpa budzi nasze współczucie. Po wielu innych filmach doskonale zdajemy sobie sprawę, że człowiek to najgorsze stworzenie i tutaj też nikt Ameryki w tym temacie nie odkrywa. Skłonienie do przejęcia się tematem kondycji naszej planety można było uzyskać kładąc nacisk na budowę ciekawych charakterów, tak żeby historia nie była jednostronnie ukazana i wywołała choć cień dyskusji. Widz, który musiałby zastanowić się, po której stronie chce się opowiedzieć - czy wielkiej małpy, czy własnego gatunku - rzeczywiście miałby szansę na refleksję. 

Kong: Wyspa Czaszki, mimo swych niedociągnięć, to film który warto zobaczyć – ale tylko i wyłącznie na dużym ekranie. Wizualne detale uzupełnione o świetną ścieżkę dźwiękowa rozkładają widza na łopatki. Jednak w innym wypadku, kiedy czekacie na wydanie DVD, wady filmu mogą przytłoczyć Was na tyle, że nawet sam Kong nie zmusi Was do powrotu do tej produkcji. 

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus