"La La Land" - recenzja wydania DVD filmu

Autor: osti
Korekta: Damian "Nox" Lesicki
27 czerwca 2017

Kochajmy naiwnych marzycieli!

 

Po obejrzeniu La La Land w kinie rzeczywiście byłem bardzo zadowolony, ale nie do końca rozumiałem zachwyt krytyków, którzy obsypali film Złotymi Globami oraz Oscarami. Zdaję sobie sprawę, iż daleko mi do eksperta od musicali – dlatego moje niedocenienie obrazu Damiena Chazelle'a „zwaliłem” na zwyczajną ignorancję. Do kolejnej rundy, w postaci wydania filmu na DVD, podszedłem nieco lepiej przygotowany.

 

Na potrzeby drugiego seansu La La Land wcale nie oglądałem masy klasycznych musicali, do których często porównywana jest produkcja Summit Entertainment. Wystarczyło mi kilkukrotne wsłuchanie się w soundtrack do filmu, bez problemu dostępny na platformach typu Spotify czy Tidal. Kiedy już dałem się porwać muzycznej głębi autorstwa Justina Hurwitza, nostalgiczna historia Mii i Sebastiana odkryła przede mną swoje tajemnice, które zagrały kilka prawdziwie melancholijnych nut na moich uczuciach.

 

Ryan Gosling i Emma Stone po wspólnych występach w Kocha, lubi, szanuje i Gangster Squad ciągle jakoś się nam nie nudzą – mimo iż na pierwszy rzut oka niezbyt do siebie pasują. On – okładkowy przystojniak wywołujący efekt miękkich kolan u damskiej części widowni (podobno), ona – dziewczyna o niespotykanej urodzie, pasującej do zupełnie innej niż nasza epoki. W La La Land – jak przystało na musical – wszystko zagrało między nimi idealnie. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że mamy do czynienia z kameralnym filmem, skupiającym się na relacji tych dwojga – o ile można nazwać w ten sposób obraz, w którym setka statystów przewija się podczas sceny tańca na zakorkowanej autostradzie.

 

 

Za sukces La La Land odpowiada jednak nie tylko duet aktorski. To wspominani przeze mnie Damien Chazelle w fotelu reżysera i Justin Hurwitz odpowiedzialny za muzykę, którzy dali nam wcześniej genialny Whiplash. Panowie mają dopiero po 32 lata, obaj zrobili razem w sumie trzy filmy, z czego dwa zostały obsypane Oscarami i mają już status kultowych. I podobnie jak gra aktorska Ryana Goslinga – sprawiają, że wszystko to wygląda na bardzo łatwe i przyjemne!

 

Brawurowa reżyseria, łącząca różne gatunki, jest moim zdaniem kluczem do sukcesu recenzowanej pozycji. W porównaniu z La La Land, Whiplash wydaje się niemalże toporny i surowy (co jest naturalnie obrazą dla tego filmu). Nawiązania do klasycznych musicali czy do Buntownika bez powodu stanowią świetną okazję dla łowców smaczków i odniesień. Nienachalne poczucie humoru stanowi tu jednocześnie zgryźliwy komentarz dla rzeczywistości rządzącej światem Hollywood. Trzeba też być chyba robotem, aby nie dać się ponieść emocjom przy słodko-gorzkim finale filmu.

 

Pierwsze nomen omen skrzypce gra w La La Land jednak muzyka. O ile otwierająca obraz sekwencja na autostradzie i kapitalne Another Day Of Sun napawają nas optymizmem, to następujący później motyw Mii i Sebastiana, nostalgiczne City Of Stars oraz sceny przesłuchania i zakończenia filmu uderzają w nuty bardzo tęskne, powodujące, że nawet najbardziej afirmujący życie widzowie mają ochotę wyć do księżyca (niekoniecznie w pełni). Twórcy bawią się przy tym gatunkami, mieszając je i zestawiając ze sobą, co stanowi kolejny dowód na poparcie tezy, że muzyka jest językiem bardzo uniwersalnym (na co zwraca zresztą uwagę Sebastian, opowiadając o genezie jazzu).

 

 

Monolith Films, czyli wydawca La La Land na polskim rynku, dał mi nie lada zagwozdkę do rozwiązania. O ile sam film zasługuje moim zdaniem na najwyższą ocenę i będę do niego wracał jeszcze nie raz, to sama „książkowa” edycja DVD pozostawiła po sobie pewien niedosyt. Oprócz możliwości obejrzenia produkcji z polskimi napisami lub lektorem, płytka oferuje jedynie kilka zwiastunów. Łowcy ciekawostek muszą zatem zadowolić się lekturą – na szczęście te kilka stron wypchane jest informacjami po same brzegi.

 

Nawet biorąc pod uwagę niezbyt bogate wydanie DVD, La La Land jest pozycją absolutnie obowiązkową dla każdego kinomaniaka. To obraz jedyny w swoim rodzaju, łączący magię Złotej Ery Hollywood ze współczesnym cynizmem oraz zestawiający romantyczne bujanie w obłokach z tym, co musimy poświęcić, aby spełnić nasze marzenia. Damien Chazelle pokazał, że życie potrafi być równocześnie piękne, ale i przejmująco smutne, bo czasami osoba, która pozwala nam w pełni rozwinąć skrzydła, sama musi pójść w zupełnie innym niż my kierunku. Nie znalazłem absolutnie żadnego elementu, który usprawiedliwiłby przyznanie La La Land oceny innej niż 10/10.

 

 



blog comments powered by Disqus