"Królowa Hiszpanii" - recenzja filmu

Ave, Isabel?

królowa hiszpanii recenzjaKrólowa Hiszpanii jest czymś więcej niż tylko hiszpańską wersją Ave, Cezar! braci Coen. To pięknie sfotografowana historia wypełniona po brzegi ciekawostkami dla miłośników dziesiątej muzy. Pełen wyrazistych postaci komediodramat Fernanda Trueby stanowi też interesujące spojrzenie na realia faszystowskiej Hiszpanii przez pryzmat studia filmowego.

Lata 50. XX w. Z planu historycznej superprodukcji porwany zostaje jeden z twórców. Rozpoczynają się poszukiwania, podczas których widzowie poznają plejadę oryginalnych protagonistów oraz reguły, którymi rządziła się produkcja filmowa w systemie gwiazd i nieco realiów historycznych z polowaniem na komunistów w tle. Całość zaś przedstawiona jest w mocno przerysowanej konwencji magicznego realizmu. Na pierwszy rzut oka Królowa Hiszpanii to coś w rodzaju iberyjskiej odpowiedzi na Ave, Cezar! Na drugi z resztą też. Jednak pomiędzy filmem Fernanda Trueby oraz dziełem braci Coen istnieje kilka zasadniczych różnic.

Po pierwsze - oba obrazy odróżnia od siebie nastrój. Ave, Cezar! jest produkcją zdecydowanie bardziej komediową, w której absurdy studia filmowego mnożą się w kolejnych scenach, a przerysowany świat przedstawiony wydaje się mocno oderwany od rzeczywistości. Atmosfera Królowej Hiszpanii jest zdecydowanie bardziej stonowana. Sceny komediowe nie są aż tak szalone, a ponadto są równoważone akcentami poważniejszymi, takimi jak osobiste problemy głównego bohatera czy ponure realia frankistowskich rządów w postaci tajnej policji lub obozów pracy. Do obrazu Trueby zdecydowanie bardziej - niż do produkcji Coenów - przystaje więc określenie „komediodramat”. Reżyser sprawnie spaja elementy słodkie z gorzkimi, dzięki czemu nastrój filmu nie przechyla się wyraźnie w żadną ze stron. Wszystkie sceny łączą się ze sobą gładko i nie wywołują odbiorczych zgrzytów (z jednym wyjątkiem, o którym niżej).

królowa hiszpanii recenzja

Po drugie, u braci Coen mieliśmy dwóch wyraźnie zarysowanych protagonistów: Bairda Whitlocka (George Clooney) oraz Eddiego Mannixa (Josh Brolin), którym towarzyszyło mnóstwo bohaterów drugoplanowych. W Królowej Hiszpanii na pierwszy plan wybijają się, co prawda, postacie Macareny Granady (Penélope Cruz) i Blasa Fontiverosa (Antonio Resines), jednak towarzyszący im filmowcy mają tu do powiedzenia niemal równie dużo, a od drugiej połowy filmu mamy w gruncie rzeczy do czynienia z bohaterem zbiorowym.

Mimo różnic pomiędzy oboma obrazami, film Trueby posiada nieco zbliżony do produkcji Coenów klimat. Rzeczywistość przedstawiona w obu tytułach jest mocno umowna i nieco odrealniona. W Królowej Hiszpanii trochę jest z Almodóvara, odrobina z Jeuneta, szczypta z Wesa Andersona i coś z braci Coen. Całość jednak ma w sobie pewien specyficzny (iberyjski?) charakter, którego próżno szukać u tych reżyserów.

Aktorsko jest bardzo dobrze. Kiedy trzeba odtwórcy głównych ról grają przekonująco i poważnie , a w scenach komediowych – z odpowiednim luzem i przerysowaniem. Między postaciami czuć chemię. Podczas seansu ma się wrażenie, że członkowie obsady świetnie dogadywali się na planie. Dialogi są ciekawe i naturalne, a reżyser z wyczuciem operuje żartem sytuacyjnym. Przeważnie. Jedyną sceną, która powoduje w widzu (chociaż nie w każdym, sądząc po reakcji widowni) ewidentny dysonans, jest ta z udziałem hiszpańskiego aktora Juliána Torralby, amerykańskiego gwiazdora Gary’ego Jonesa oraz pewnego filmowego rekwizytu.

królowa hiszpanii recenzja

[UWAGA, SPOILER!]

Otóż okazuje się w niej, że Gary jest gejem i wszelkie jego przyjazne gesty wobec Juliána były elementem flirtu. W dość napastliwy sposób „adoruje” on Hiszpana, z czym ten drugi ewidentnie nie czuje się komfortowo. Gdy Julián przypadkowo zatrzaskuje się w kajdanach będących elementem scenografii, Gary postanawia wykorzystać sytuację, by najpierw molestować kolegę po fachu, a potem ściągnąć mu spodnie... Ciągu dalszego możemy się domyślić po uronionych następnego dnia na widok Amerykanina łzach Juliána, które wszyscy wokół biorą za niezwykle autentyczne aktorstwo. Cóż, żarty z nachalnych homoseksualistów „przystawiających się” do innych bohaterów może i były zabawne w produkcjach pokroju Allo ‘Allo!, ale nawet tam nikomu nie śniło się, by tematem dowcipu uczynić gwałt.

[KONIEC SPOILERA]

Nie wyobrażam sobie, by jakiemukolwiek scenarzyście przyszło do głowy napisanie podobnej sceny z udziałem kobiety i mężczyzny, nie rozumiem więc, dlaczego Fernando Trueba postanowił umieścić taki „dowcip” w Królowej Hiszpanii. Zdecydowanie odstaje on jakościowo od reszty filmu i obniża jego końcową ocenę.

Aby nie pozostawić Was z przesadnie negatywnym wrażeniem na temat tej produkcji, chciałbym wspomnieć o dwóch zdecydowanie godnych pochwały elementach hiszpańskiej produkcji: „wizualiach” oraz muzyce. Scenografia oraz kostiumy robią spore wrażenie. Szczególnie duży podziw budzą plany filmowe oraz bardzo ładnie sfotografowane sceny kręcenia superprodukcji w połowie poprzedniego stulecia. Oglądanie makiet, statystów czy wykorzystania techniki matte painting to prawdziwe smaczki dla amatora historii kina. Piękne obrazy podkreśla udana ścieżka muzyczna autorstwa Zbigniewa Preisnera, która pięknie buduje niepowtarzalną, na poły realistyczną, na poły baśniową atmosferę filmu.

Reżyserowi udało się opowiedzieć interesującą historię, która pomimo podobieństw do zeszłorocznego filmu braci Coen nie sprawia wrażenia wtórnej. Niepowtarzalny charakter i swoistą „hiszpańskość” zapewniły obrazowi Trueby odmienne rozłożenie akcentów komediowych i poważnych, nastrojowa muzyka Preisnera, wyraziste kreacje aktorskie oraz oryginalne realia fabularne. Fanów historii kina zachwyci przedstawienie rozmaitych technik filmowych sprzed ponad pół wieku, a pozostali widzowie będą mieli okazję podczas seansu zarówno pośmiać się, jak i wzruszyć. Gdyby tylko nie ta jedna nieszczęsna scena…

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus