Recenzja filmu "Sekret afrykańskiego dziecka"

To bardzo stara bajka: biały człowiek niesie kaganek oświaty między zabobonnych dzikusów parających się magią, bulwersując się na każdym kroku wszystkim, co nie pasuje do jego wizji świata. Zaskakuje jedynie to, że podobne komunały można wciąż powtarzać nawet w XXI wieku z takim przekonaniem, z jakim robi to Christine François. Sekret afrykańskiego dziecka próbuje bronić się nieco karkołomnym obrazem heroicznego macierzyństwa i przyzwoitym aktorstwem, ale nie jest przy tym w stanie ukryć pełnego poczucia wyższości dydaktycznego smrodku, który unosi się nad (dosłownie) czarno-białym obrazem zderzenia kultur.

Cécile (Audrey Dana) jako wyemancypowana przedstawicielka cywilizowanego, racjonalnego społeczeństwa Zachodu, przyjeżdża do Beninu, żeby niemalże na klęczkach błagać byłego narzeczonego Didiera (Robinson Stévenin) o to, aby ten zechciał do niej łaskawie wrócić. W chwilach pomiędzy łzawymi przemowami a łóżkowymi ekscesami wybiera się na wycieczkę, gubi się i przygarnia dziecko, które wyraźnie przerażona Murzynka wciska jej w ramiona. Instynkt okazuje się silniejszy niż logika i kompletnie nieprzygotowana do rodzicielstwa Cécile decyduje się na adopcję. Nie interesuje się przesadnie rodzimą kulturą swojego nowego syna i pozostaje głucha na dyskretne sygnały otoczenia, którego społeczność jak jeden mąż spluwa za każdym razem i odczynia uroki, kiedy ktoś tylko wspomni o chłopcu. W głowie białej, niewątpliwie wykształconej Francuzki nie ma szufladki „obrzędy i obyczaje”, nie istnieje kategoria „magia i wierzenia”, więc Cécile wytrwale przywołuje na twarz wyraz bezbrzeżnego zdziwienia, pozostając w czarnej Afryce tak obcą, jak to tylko możliwe.

Francja Christine François jest biała, co w kontekście obecnych statystyk wydaje się obrazkiem z pogranicza fantastyki lub pobożnym życzeniem. Kilkuletni Lancelot (Élie Lucas Moussoko) jakimś cudem wychowywany jest w enklawie Prawdziwych Europejczyków. Kiedy po raz pierwszy widzi innego czarnoskórego, tak on jak i większość jego klasy reaguje bardzo emocjonalnie, jak gdyby do klasy wszedł nie nauczyciel, a magiczny tęczowy jednorożec. Tym, co zwala z nóg, jest jednak komentarz jego przybranej matki, która naiwnie wytrzeszczając brązowe oczęta zdaje się naprawdę nie rozumieć, w czym tkwi problem. W obliczu tej niezdolności do wykraczania poza ramy własnej kultury Cécile skazana jest na niepowodzenie – podróż do Beninu, na którą decyduje się w celu uspokojenia Lancelota i pokazania mu, że na świecie są też inni czarni ludzie (jakby nie wystarczyło w tym celu wybrać się do Paryża) jest jak wizyta w muzeum w towarzystwie niewidomego oraz głuchego przewodnika. Bohaterka teoretycznie widzi i słyszy, ale nie zadaje sobie nawet najmniejszego trudu, żeby zrozumieć, oczekując od całego świata, że będzie grał według zasad jej znanych. Nie dociera do niej fakt, że przynależność plemienna jest czymś więcej niż zamieszkiwaniem określonego miejsca oraz noszeniem konkretnego typu spódnic z trawy, a to, co uznaje za ciemnotę i zabobon to nie zbiór przesądów w stylu czarnego kota i pękniętego lustra, ale kompletny system wierzeń determinujący całe życie ludów tradycyjnych. Próbując przezwyciężyć je nagabywaniem tubylców i wciskaniem im okolicznościowych upominków jest jak chodzący powód istnienia przewodników, którzy wyjaśniają zdezorientowanym i nieporadnym turystom otaczającą ich rzeczywistość.

Oczywiście nie wszyscy Murzyni w Beninie są dzicy. Są też zakonnice, które potrafią czytać, mówią po francusku, noszą zdecydowanie więcej ubrań i modlą się do Boga, a nie do sił przyrody, co daje im przewagę cywilizacyjną i prawo do pochylania się z bólem nad zacofanymi plemionami. François bierze na wszelki wypadek na warsztat temat bardzo skrajny – mówiąc o rytualnych morderstwach noworodków sprawia, że właściwie wszyscy widzowie oprócz etnologów i być może kulturoznawców przeoczą złożony kompleks religijny (pominięty zresztą w filmie milczeniem), a dostrzegą jedynie pozbawiony uzasadnienia akt przemocy i odruchowo opowiedzą się po stronie cywilizacji Zachodu. Po stronie świata, który – jak wszyscy wiedzą – słynie z pokojowego rozwiązywania konfliktów, nieobecności przemocy, okrucieństwa i gwałtu oraz jaśniejących nad nim idei pomocy bliźniemu, miłosierdzia oraz sprawiedliwości. Christine François daje tym samym zielone światło do oceniania i potępiania, realizując archaiczne poczucie kulturowej misyjności rodem z dzienników konkwistadora i forsując teorię o wyższości cywilizacji białego człowieka nad tym, co niecywilizowane.

Podstawowym problemem nie jest tu tematyka, którą porusza François. Opisywany przez nią proceder rzeczywiście ma miejsce i w kontekście teorii głoszonych (chociaż niekoniecznie realizowanych) przez współczesny świat jest nie do przyjęcia. Sekret afrykańskiego dziecka pozostaje jednak przepełnioną hipokryzją laurką na cześć białego człowieka i jego cywilizacji, którego moralnym obowiązkiem jest wręcz siłą wprowadzać swoje zasady gdziekolwiek się da. Nie chodzi tu o rasizm czy nietolerancję na tle etnicznym, ale wszystko sprowadza się wciąż jednak do starego, dobrego piętnowania tego, co niezrozumiałe. François nie tłumaczy, nie zagłębia się w temat i nie przejmuje się tym, czy widz zrozumie (sama wydaje się nie rozumieć) – tworzy jedynie stereotyp, umacnia podziały i pieści ego Zachodu. W kontekście obecnych przemian francuskiej struktury demograficznej można doszukiwać się tu ukrytych sensów i intencji – jeśli takowe istnieją, to Sekret można odczytać jako propagandowy głos kultury powoli ulegającej pod naporem obcego żywiołu. Głos tyle rozpaczliwy, co fałszywy.


blog comments powered by Disqus