"Seria niefortunnych zdarzeń" - recenzja 1. sezonu serialu

Strasznie (nie)fortunny serial!

Na początku każdego odcinka twórcy Serii niefortunnych zdarzeń ostrzegają widzów przed seansem, sukcesywnie powtarzając, że czeka ich rozczarowanie. To oczywiście „zmyłka”, gdyż najnowsza produkcja Netflixa okazała się szalenie pozytywnym zaskoczeniem!

Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń to serial oparty na bestsellerowym cyklu książek napisanych przez Daniela Handlera (pod pseudonimem Lemony Snicket) z Neilem Patrickiem Harrisem w roli serialowego arcyłotra. Produkcja opowiada tragiczną historię sierot Baudelaire (Wioletki, Klausa i Słoneczka), których nikczemny opiekun Hrabia Olaf zrobi wszystko, aby przejąć należny im spadek. Rodzeństwo musi przechytrzyć Hrabiego, skrywającego się pod różnymi przebraniami i pokrzyżować jego niecne plany.

Seria niefortunnych zdarzeń doczekała się już w 2004 roku całkiem solidnej filmowej ekranizacji, w której zagrali m.in. Jim Carrey (Hrabia Olaf), Meryl Streep (Ciotka Józefina) i Jude Law (Lemony Snicket). Jednak obraz Brada Silberlinga mocno podzielił fanów książkowego pierwowzoru. Zarzucano mu istotne zmiany fabularne oraz problemy z uchwyceniem klimatu książek Handlera. Po latach Netflix postanowił (w ramach istniejącej ostatnio mody) nakręcić Serię jako wysokobudżetowy serial (podobno najdroższy w historii platformy). Jego twórcy stanęli przed nie lada wyzwaniem, gdyż musieli nakręcić produkcję, wyróżniającą się na tle filmowej wersji oraz zadowolić fanów literackiego pierwowzoru. Melduję, że zadanie zostało wykonane!

Produkcja Barry’ego Sonnenfelda to murowany hit 2017 roku, łączący w sobie elementy dramatu, komedii, baśni, thrillera, a nawet kina szpiegowskiego. Znajdziemy w niej to, co najlepsze w twórczości tego reżysera - charakterystyczną, ponurą i przerysowaną stylistykę, rodem z jego Rodziny Addamsów, nieszablonowe, wisielcze poczucie humoru oraz przezabawne dialogi. Niemal każdy kadr wypełniony jest mrocznymi, przerażającymi barwami, odbierającymi widzowi nadzieję na lepsze jutro dla rodziny B. Jeszcze ciekawszy jest zabieg wprowadzenia fenomenalnego klimatu baśniowości, wielokrotnie przechodzącego w andersonowski surrealizm oraz unikalny naturalizm (stanowiący zaskakujący przerywnik dla nieco absurdalnych losów Baudelaire’ow).

Widzów zapoznanych z filmową wersją, z pewnością zaskoczy nieśpieszna narracja, pozwalająca na poszerzenie i rozwinięcie kluczowych wątków (ograniczonych w wersji kinowej), takich jak: intryga związaną z tajemniczą organizacją, drobiazgowe zaprezentowanie poszczególnych adopcji oraz rozbudowanie postaci narratora. Nie zabrakło także niespodziewanych twistów fabularnych, wprawiających w osłupienie nawet osoby znające kinowy pierwowzór (jednego z nich nie powstydziliby się nawet twórcy The Walking Dead). Serialowa wersja jest również zdecydowanie poważniejsza w swej wymowie, gdyż w każdym kolejnym odcinku zauważamy świat, w którym odwrócone zostały role społeczne. W tym przypadku to dzieci są zdecydowanie doroślejsze, błyskotliwsze i racjonalniejsze od naiwnych, zdziecinniałych i nieco infantylnych dorosłych. Dla zdecydowanie starszego widza twórcy przygotowali osobliwe poczucie humoru, zawieszone w oparach absurdu, objawiającego się w fantastycznych dialogach, przekomicznych (pomimo teoretycznie poważnego tonu) monologach narratora oraz zabawnych grach słownych.

Serial to przede wszystkim zjawiskowo napisane postacie, które - pomimo swojego przerysowania - są nadzwyczaj klasyczne i normalne. Niemal każdy z bohaterów stanowi wykrzywiony obraz ludzkich cech. Co ciekawe, nawet Baudelaire’ów nie można uznać za protagonistów pozbawionych wad, gdyż w imię wyższych celów stawiają na relatywizm moralny (kradzież łódki) oraz wykazują skłonność do łotrowskich zapędów (Słoneczko grające w pokera o swój los). Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że niezwykle utalentowane i świetnie obsadzone młode gwiazdy serialu nadają produkcji fascynującego kolorytu. Każdą scenę kradną jednak Słoneczko, którego zabawne wstawki (guganie) rozluźniają mocno posępny ton produkcji oraz Hrabia Olaf, będący rewelacyjnym nemezis dla protagonistów. Świetnie w roli Hrabiego prezentuje się Neil Patrick Harris, dzięki czemu grany przez niego antagonista to łotr z prawdziwego zdarzenia, równie groteskowy, pokręcony i zabawny, co zły, przekonujący i - o dziwo - inteligentny (pomimo początkowego odczucia, że jest pajacem i moczymordą). Warto przy tym zauważyć, że Harris tworzy kreację zdecydowanie bardziej tajemniczą, intrygującą i jeszcze śmieszniejszą niż Jim Carrey.

Seria niefortunnych zdarzeń, w przeciwieństwie do swojego tytułu, jest niezwykle fortunną produkcją (autor puszcza oko do widza, że to antonim), stanowiącą doskonałą rozrywkę dla fanów mrocznych klimatów, baśniowej stylistyki, absurdalnego poczucia humoru i wciągającej historii. Jeśli jeszcze nie widzieliście serialu Barry’ego Sonnenfelda, to nie odwracajcie wzroku (o co jesteśmy proszeni w intro), lecz kupujcie konto w Netflixie. Absolutny „must see” 2017 roku!

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus