"Life" - recenzja filmu

Autor: osti

Ach, ci głupi kosmonauci

 

Twórcy Life nie kryli się z inspiracjami, którymi były Obcy: Ósmy pasażer Nostromo oraz Grawitacja. I nie da się rozmawiać o ich filmie bez wymienienia tych dwóch tytułów. Jest jednak pewna różnica między oddaniem hołdu a zwyczajnym zerżnięciem całego scenariusza. Nie muszę chyba mówić, że osoby stojące za Life raczej nie wiedzą, na czym ona polega?

 

Wszystko zaczyna się bardzo niewinnie – na Międzynarodową Stację Kosmiczną docierają po długiej misji próbki gleby z Marsa. Załoga ISS natychmiast rozpoczyna ich analizę; odnajdują w nich żywą komórkę, która pod wpływem temperatury zaczyna funkcjonować i rozmnażać się. Sielanka trwa prawie miesiąc, dokarmiany glukozą mikroorganizm przekształca się w zmiennokształtną meduzę, nazwaną przez Ziemian Calvinem.

 

W wyniku serii nieszczęśliwych decyzji kosmonautów, którzy (prawdopodobnie z powodu zbyt długiego okresu przebywania w stanie nieważkości) zaczęli cierpieć na szybko postępujący debilizm, Calvin robi się „dość” agresywny i ucieka ze swojej izolatki. Rozpoczyna się rzeźnia – w dosłownym tego słowa rozumieniu. Galaretowaty Marsjanin wykańcza załogę ISS w sposób wielce brutalny i krwawy. Ma przy tym ułatwione zadanie, gdyż jest super silny i mega inteligentny, a kosmonauci... no cóż, powiem tylko, że w trakcie seansu przypomniała mi się scena ze Strasznego Filmu, w której stereotypowa „głupia blondynka” uciekając przed mordercą chwyta banana zamiast pistoletu.

 

 

Mimo iż scenariusz Life mógłby zostać w 75% uznany za plagiat popełniony na Obcym, a rozwój fabuły determinowany jest przez kolejne błędne decyzje podejmowane przez bohaterów, nie można powiedzieć, że jest to zły film. Efekty specjalne są rewelacyjne i trzymają poziom wspomnianej już Grawitacji. Całość akcji odbywa się w stanie nieważkości, co wygląda naprawdę fajnie i dodaje produkcji autentyczności.

 

Nie można także przejść obojętnie obok obsady – na jednym planie spotkali się m.in. Jake Gyllenhaal, Rebecca Ferguson i Ryan Reynolds. Wszyscy spisali się przy tym należycie, wiarygodnie oddając emocje targające postaciami. Nie zdradzając zbyt wiele – część załogi ISS ginie w sposób absolutnie straszliwy, a reżyser Daniel Espinosa nie bawi się w żadne ceregiele, tylko podaje nam ich flaki prosto pod nos. Tytułowe życie wymaga więc od widza mocnych nerwów i żołądka.

 

 

Wystawiona przeze mnie niska ocena filmu – widoczna poniżej – wynika z kilku faktów. Primo: Life nie jest filmem, który wnosi cokolwiek od siebie. Owszem, różne motywy łączy sprawnie i umiejętnie, ale ja szukam w kinie nowych historii/wrażeń. Po drugie primo (jak mawiał klasyk): załoga ISS mogła bardzo łatwo zaradzić większości wydarzeń przedstawionych w filmie, ale była na to zbyt głupia, co dla mnie jako widza stanowiło źródło ciągłej irytacji. I po trzecie primo: Obcy: Ósmy pasażer Nostromo to jeden z obrazów, które zdefiniowały mój gust filmowy, więc każdą próbę powielania go (obojętnie, jak dobrze zrealizowaną), traktuję jako gwałt na ulubionym reżyserze i jednym z jego największych dzieł.

 

Jeżeli więc klasyka sci-fi nie stanowi dla Ciebie nienaruszalnej świętości i nie przeszkadza Ci lekka wtórność, śmiało możesz dodać do oceny co najmniej dwa oczka. Bo Life to przede wszystkim dobrze zrealizowany horror, który świetnie dawkuje napięcie, może pochwalić się dobrą warstwą techniczną, ale cierpi też na większość bolączek typowych dla gatunku.

 

Korekta: Joanna Biernacik

 

 


blog comments powered by Disqus