"Listy martwego człowieka" - recenzja filmu

Humanizm w postapokaliptycznej radzieckiej Moskwie

Ostatniego dnia festiwalu Nic Się Tu Nie Dzieje w Poznaniu zostaliśmy uraczeni historiami przedstawiającymi światy postapokaliptyczne. O godzinie 19:00 w kinie Muza odbywał się seans, po którym nie byłam pewna czego się spodziewać – jak chyba każdy po radzieckich filmach. Co otrzymałam w ostatecznym rozrachunku? Z pewnością kawał dobrego kina.

Listy martwego człowieka to produkcja z 1986 roku wyreżyserowana przez Konstantina Lopushanskiego. Był to pierwszy radziecki film science fiction poruszający tematy pesymistyczne i pozbawiony typowej dla rosyjskiego kina tych czasów propagandy. Film miał premierę kilka miesięcy po awarii reaktora jądrowego w Czarnobylu.

Akcja rozgrywa się w Moskwie po zagładzie nuklearnej. Świat na powierzchni to ruiny usłane ciałami ofiar, a ta część populacji, która przeżyła, ukrywa się pod ziemią. Ci którzy uszli nie tylko z życiem, ale i zdrowiem, próbują poukładać sobie funkcjonowanie w nowej rzeczywistości. Szukają nowych sposobów na przetrwanie, spisują historię dla następnych pokoleń, zastanawiają się co oznacza moralność w świecie postapokaliptycznym, próbując przy tym nie utracić zmysłów…

Głównym bohaterem filmu jest laureat nagrody Nobla, profesor, który nieprzerwanie pisze listy do syna, ślepo wierząc, że chłopiec żyje. Mężczyzna sam przyznaje się, że od czasu katastrofy jego umysł go zawodzi, lecz mimo to wciąż próbuje dotrzeć do tezy, która udowodni, iż to nie może być koniec, że na powierzchni wciąż musi istnieć życie. Jako widzowie, towarzyszymy profesorowi podczas jego codziennych sprawunków – obserwujemy jak odwiedza innych ocalałych, zdobywa książki, leki oraz drewno na opał, jak przedziera się w kombinezonie ochronnym przez ruiny miasta i ponownie ociera się o śmierć. Pomimo zagłady, w Moskwie wciąż istnieją służby porządkowe pilnujące godziny policyjnej oraz wydające przepustki do głównego bunkra. Jak to zazwyczaj bywa w sytuacjach kryzysowych, gdy grupę społeczną dotyka deficyt dóbr, powstaje czarny rynek produktów potrzebnych. Dzięki zaradnemu profesorowi, udaje nam się, jako widzom, doświadczyć wielu stron tego postapokaliptycznego świata.

Jeżeli ktokolwiek obawia się faktu, iż film ma już trzy dychy na karku, to uspokajam – zestarzał się dobrze. Listy martwego człowieka pozbawione są elementów science fiction z XX wieku, które w roku 2017 mogłyby wywołać śmiech czy zażenowanie. Film ma odpowiedni klimat, do powstania którego z pewnością przyczyniło się umiejętne użycie kolorowych filtrów, dzięki którym obraz nie jest ograniczony jedynie do czerni i bieli. Jednakże również stroje, rekwizyty i plany budują atmosferę dystopii bez zarzutu.

Listy martwego człowieka nie boją się pokazywać śmierci, rozkładu umysłowego w sytuacji kryzysowej czy samobójstwa. Jest godny przedstawiciel swojego gatunku – film brudny i okrutny, który równocześnie sprawia, że nie możemy się od niego oderwać. W odpowiednim tempie ukazuje nam kolejne strony postapokaliptycznej Moskwy, wywołując świetnie wyważoną mieszankę emocji. Jest to również film głęboko humanistyczny, ukazuje nam różne strony ludzkiej natury i sposoby postrzegania społeczeństwa, a na sam koniec pozostawia nas w zadumie i popycha ku własnej ocenie ludzkości.

Katarzyna Jusiak (szara-corka-popkultury.blogspot.com) 

Korekta: Damian "Nox" Lesicki

 


blog comments powered by Disqus