Kino spłonęło - recenzja filmu "Londyn w ogniu"

Autor: osti
Grany przez Gerarda Butlera Mike Banning to prawdziwy sadysta. Zapytany przez prezydenta (Aaron Eckhart), czy znęcanie się i zabicie jednego z rannych terrorystów było konieczne, odpowiada że nie. Ta jedna z kilku zabawnych scen stanowi też obrazowe podsumowanie całego filmu.
 
Fabuła Londynu w ogniu, jak w przypadku większości "staroszkolnych" filmów akcji, stanowi jedynie pretekst do pokazania kolejnych strzelanin i wybuchów. Pogrzeb premiera Wielkiej Brytanii zostaje wykorzystany przez terrorystów do zapolowania na światowych liderów. Twórcy łaskawie nie nawiązują zbyt często do pierwszej części – seans Olimpu w ogniu nie jest konieczny, aby czerpać przyjemność (??) z kolejnych przygód prezydenta USA i jego zaufanego ochroniarza. 
 
Jak to zwykle w tego typu produkcjach bywa, widz otrzymuje cały zestaw dobrze znanych motywów. Policjanci i terroryści radośnie hasają po ekranie strzelając długimi seriami z karabinów, prezydencka limuzyna bez większych przeszkód dla dalszej jazdy przyjmuje kilkaset pocisków, główni bohaterowie wychodzą bez zadrapania z rozbitego helikoptera, a w domu na naszego herosa czeka oczywiście ciężarna żona. 
 
 
Najmocniejszą stroną filmu jest chyba czarny humor. Banning bez mrugnięcia okiem i na różne wymyślne sposoby masakruje wrogów niczym Korwin-Mikke lewactwo. Pełne "fucków" i punchline’ów dialogi nasiąknięte są duchem Szklanych pułapek (z czasów, kiedy John McClane robił jeszcze za największego twardziela w okolicy). Mimo iż kilka razy parsknąłem śmiechem, czerstwy w gruncie rzeczy dowcip, jaki oferuje Londynu w ogniu daleki jest od tego, czym raczył widzów seans choćby Deadpoola
 
Obraz dość poważnie kuleje w warstwie aktorskiej. Czołowe trio – Gerard Butler, Aaron Eckhart i Morgan Freeman – już od dłuższego czasu rozmienia swój filmowy dorobek na drobne występami w marnych produkcjach. Niestety Londyn w ogniu dość zgrabnie wpisuje się w tą tendencję spadkową. W najlepszym wypadku można jedynie stwierdzić, że panowie wykreowali płaskie postacie, bez konkretnego wyrazu. Nie inaczej jest z obsadą drugiego planu. 
 
 
Podczas oglądania filmu pojawia się jeden plusik. Zdjęcia są naprawdę świetne – kamera ustawiana jest często w nietypowych miejscach, ukazując wydarzenia w interesujący sposób i sprytnie starając się ukryć kulejące efekty specjalne (nie zawsze jednak skutecznie). W ostatecznym rozrachunku stanowiące jakieś 90% filmu sceny akcji jednak zawodzą. Sztuczne wybuchy, żenujące sceny z udziałem helikopterów i komputerowo dodane fontanny krwi oraz błyski wystrzałów mogą się podobać na dwuminutowej reklamówce Call of Duty, ale na pewno nie podczas półtoragodzinnego seansu w kinie. 
 
Ciężko z czystym sumieniem polecić Londyn w ogniu komukolwiek. Jeśli nie przeszkadzają Ci kolejne bliźniaczo podobne do siebie filmy z Liamem Neesonem, jeśli czekasz na ósmą część Szybkich i wściekłych i jeśli maraton Szklanej pułapki to dla Ciebie najlepszy sposób na weekend – możesz spróbować. Kontynuacja Olimp w ogniu jest filmem zwyczajnie nijakim, z którego wynieść można dwa błyskotliwe gagi… i w zasadzie nic więcej. John Wick pokazał, jak powinno się kręcić filmy akcji, zaś Londyn w ogniu należy umieścić dokładnie po drugiej stronie barykady. 
 
 

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus