Przepraszam przyrodo
Jedne filmy są pechowe, a inne nawet bardzo. Istnieje wiele tytułów zwyczajnie średnich, których nieustająca popularność zwyczajnie zaskakuje. Oryginalny "Piątek trzynastego", durny, źle zagrany, broniący się właściwie samym zakończeniem zdefiniował przynajmniej pełną konwencję, przed i po nim znacznie lepiej realizowaną - te same słowa można odnieść do pierwszej części "Piły". Nie potrafię jednak znaleźć przyczyny, dla której w opracowaniach dotyczących historii gatunku wciąż pojawiają się "Wzgórza mają oczy" Cravena, a powodzenie "Szóstego zmysłu" jest dla mnie zagadką na miarę Oskara dla Nicholasa Cage za cokolwiek. Ale pech prawdziwy zdarza się wtedy, gdy mamy film wybitny z każdej strony, ta wybitność wylewa się z niego jak łzy z zawodowej płaczki, krytycy wyją z zachwytu, po czym cały ten festiwal wspaniałości zwijamy wraz z otwarciem nowego sezonu w kinach, a niedawne arcydzieło krąży sobie od fana do fana, stanowiąc atrakcję na miarę imprezy w akademiku. Tak sprawy się mają z "Długim weekendem" - filmem, którym zachwycają się wszyscy, a mało kto oglądał, choć przynajmniej u nas powinien, gdyż trudno o lepiej kojarzący się tytuł w naszym świętującym kraju.
Sam długo unikałem obrazu Colina Egglestona, zwiedziony informacją, że mamy do czynienia z horrorem ekologicznym. Taki rodzaj straszenia kojarzy mi się, w najlepszym razie, z radosnymi bzdurami o potworach zrodzonych z nuklearnych odpadów, w najgorszym z tanim moralizowaniem o przyrodzie, co się wścieknie, jeśli nie zacznę selekcjonować śmieci. Większość starszych filmów, które tu przywołuję obejrzałem jako chłopak; "Długi weekend" dopadł mnie po trzydziestce i natychmiast przemienił w nastolatka. Siedziałem, nie mogąc oczu oderwać; oczy te z pewnością wybałuszałem, momentami gapiłem się przez palce, tuptałem nogami i tylko taniego wina brakło, bym w pełni zanurzył się we własnej młodości. Nie oznacza to, że mamy do czynienia z filmem dziecinnym - przeciwnie, Eggleston sprokurował dzieło kompletnie serio, zdolne do przywołania tych uczuć, które towarzyszyły mi gdy odkrywałem prawdziwe kino grozy, debiuty Hoopera, Cronenberga.
W Australii nie wiedzie się pewnemu małżeństwu. Marcia nieustannie drze się na Petera, a ten celuje do niej po kryjomu ze strzelby, ona jest zimna i wredna, on wyraźnie zdziecinniały, skupiony na gadżetach i wszystko wskazuje na to, że powinni się rozstać. Na ich nieszczęście, a ku radości widza, tak jednak się nie dzieje, para daje sobie szansę, następnie zasuwa na mało uczęszczaną plażę by tam, między morzem a krzakiem odnaleźć siebie na nowo. Już po drodze przejeżdżają kangura, a potem dzieje się tylko gorzej: depczą, śmiecą, kradną orle jajko i zabijają krowę morską - słowem, na harcerzy raczej się nie nadają. Powoli ujawnia się prawdziwe źródło konfliktu. Kilka miesięcy wcześniej Marcia poddała się aborcji i zmaga się ze stosownym syndromem, Peter najchętniej by o wszystkim zapomniał, złości go odstawienie od łóżka, nie umie ani nie chce pomóc żonie. Wyjazd nie przynosi ulgi, para na zmianę trwa w stanie chwiejnej równowagi, by zaraz skoczyć sobie do oczu. Decydują się wracać, ale jest już trochę za późno.
Przeciwko Marcii i Peterowi obraca się przyroda, czyniąc to w sposób tyleż bolesny, co skuteczny. W standardowym horrorze dostalibyśmy w tym miejscu synchronizowane ataki mew, sztormy, dziesiątki wściekłych psów dingo i krwiożercze mrówki, Reżyser w miejsce celebrowania makabry koncentruje się na drobiazgowym wzroście napięcia. To orzeł runie z nieba, to opos dziabnie w łapę, niespodziewanie przybywa wątku fantastycznego: trup morskiej krowy przybliżający się ukradkiem w stronę obozu, w założeniu zabawny, wywołuje prawdziwe przerażenie za sprawą doskonałej pracy aktorów. Całość zmierza do jednoznacznego finału, rozegranego w sposób tyleż prosty, co pomysłowy.
Próby interpretowania "Długiego weekendu" wypadają jednokierunkowo, większość komentatorów podsuwa najprostsze rozwiązanie. Marcia i Peter podeszli do przyrody w bezmyślnie okrutny sposób, więc przyroda się wściekła i zabrała się za wymierzanie sprawiedliwości. Wskazuje na to pierwsza połowa filmu. Pomysł, by ptak mścił się za kangura, a oposowi martwy morświn zwyczajnie leży na sercu, jakoś jeszcze mieści się w konwencji horroru, akurat tam, na kawałku wybrzeża musiałaby istnieć szczególna więź pomiędzy wszystkim co żyje, prócz więzi zaistnieć musi wola mordowania w słusznej sprawie. Przyroda więc rozpoznaje, co jest słuszne, a co niekoniecznie i niczym u Mickiewicza przywraca sprawiedliwość. Można też powiedzieć, że zwierzęta mszczą się na Marcii i Peterze za dokonaną aborcję. Nie kupuję obu rozwiązań.
Niczym w "Ptakach", przyroda okazuje się odbiciem stanów psychicznych pary bohaterów, ci szarpią się nieustannie, kipią, próbując nie skoczyć sobie do gardeł; zahamowane pragnienia przechodzą na rzeczone oposy i inne australijskie bydlęta, te dają upust nienawiści, rzucając się na ludzi, którzy nią emanują. Każdy, kto ma psa lub kota wie, jak mocno pupile przejmują się ludzkimi emocjami - tutaj proste zjawisko uległo wzmocnieniu w zgodzie z konwencją fantastyki, nie trzeba jednak wprowadzać żadnego inteligentnego planu rozciągniętego od ptaka do czworonoga. Emocje zostały przejęte i zwracają się przeciw swemu źródłu.
Ten prosty pomysł wykorzystano celem stworzenia przerażającego horroru, a ja zastanawiam się, jak przy tych założeniach wyglądałby taki długi weekend w Polsce. Najpierw wróble, gołębie oraz kuny obwąchiwałyby nas i siebie nawzajem, potem rzucały się sobie do gardeł, by na koniec, gdzieś po północy, pies z kotem pohukiwałyby zgodnie do księżyca, przytulone i próbujące ze wszystkich sił się nie wywrócić. O tym, jak sprawa wyglądalaby w Finlandii, wolę nawet nie myśleć i w zamian ostrzegam przed nową wersją filmu z Jamesem Caviezelem, która nie wytrzymuje porównania z oryginałem.
Recenzja pochodzi z magazynu "Nowa Fantastyka" #324 - (9/2009).
Powrót do strony magazynu
Podyskutuj o tym magazynie na forum!
Sklep
Forum











