"Paterson" - recenzja filmu

Poezja życia codziennego

W natłoku obowiązków, prześladujących deadline’ów, stresu i wiecznie rozpędzonej codzienności coraz rzadziej zdarza się nam przystanąć i po prostu chłonąć moment. Wydaje się, że w dobie nieustannie rozpraszającej nas technologii i samonakręcającej się machiny korporacyjnej propagandy sukcesu nie ma już miejsca na prosty zachwyt rzeczami nieskomplikowanymi. Na szczęście są jeszcze wśród nas prawdziwi artyści, którzy są w stanie wyłuskać z szarej codzienności chwile godne niepodzielnej uwagi – jak Jim Jarmusch, który Patersonem przekonuje (może nieco banalnie), że poezją bywa samo życie.

Tytułowy Paterson (Adam Driver) prowadzi nieskomplikowany, monotonny tryb życia. Pobudka skoro świt. Całuje swoją piękną żonę, Laurę (Golshifteh Farahani), niespiesznie zjada porcję płatków z mlekiem, pakuje lunch i wychodzi do pracy. Jest kierowcą autobusu w miasteczku, z którym dzieli swoje nazwisko. Osiem godzin za kółkiem. Wieczorem – spacer z psem i piwo w lokalnym barze. Tylko tyle – i aż tyle – dzieje się w jego życiu. Paterson jednak lubi swoją bezpieczną rutynę. Jego zupełnym przeciwieństwem jest żona – pełna entuzjazmu, choć nieco ekscentryczna miłośniczka czarno-białych wzorów, każdego dnia szuka nowego pomysłu na siebie i swoją przyszłość. Paterson obserwuje z boku, w ciszy, swoje uczucia i spostrzeżenia przelewając na papier w formie wierszy.

Powiedzmy sobie szczerze – w filmie Jarmuscha nie dzieje się wiele. Nie uświadczymy tu zawrotnych pościgów czy szokujących zwrotów akcji. To fabuła, w której stagnację przerywa… awaria autobusu. Monotonia i powtarzalność jednak ani przez chwilę nie przeszkadzają. Wręcz przeciwnie – wytworzona w ten sposób niespieszna, senna atmosfera pomaga zaakcentować to, co w Patersonie wydaje się najważniejsze – anomalie. Drobne dziwactwa drugiego, a nawet trzeciego planu. Urywki rozmów anonimowych pasażerów. Nieszczęśliwie zakochany bywalec baru. Dziewczynka, która pisze wiersze bez rymów. Mimo pozornej nudy miasteczko Paterson tętni życiem, a magia wręcz wylewa się z ekranu. 

Duża w tym zasługa powściągliwej, zdystansowanej gry Adama Drivera. Aktor, choć wciela się w głównego bohatera opowieści, de facto wycofuje się, pozwalając wyraźnie wybrzmieć wszelkim odchyleniom od repetytywnej normy. Wyciszony bohater przemawia do nas głównie subtelnymi gestami i oryginalnymi poematami, składanymi tuż przed rozpoczęciem porannej zmiany lub w krótkiej przerwie na lunch. 

Jaki jest Jarmusch, każdy widzi. Jedna z najbarwniejszych postaci amerykańskiego kina niezależnego raz jeszcze oddała do naszych rąk film hipnotyzujący letargiem, gloryfikujący prostotę, a marazm wynoszący na piedestał sztuki. Szarość jest piękna – a do Patersona chce się wracać.

Korekta: Aleksandra Wierzbińska

 


blog comments powered by Disqus