Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara - recenzja filmu

Autor: osti

Jo-ho, a pirate’s life for me!

 

Kolosalny sukces, jaki odnieśli Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły, zaskoczył chyba nawet włodarzy Disneya. Widzowie i krytycy byli wprost zachwyceni nowym wcieleniem Johnny'ego Deppa, który kreując postać Jacka Sparrowa (kapitana!) ugruntował swoją pozycję aktora najwyższych lotów. Do kin właśnie weszła piąta już część jego przygód.

 

Z jednej strony – też uważam, że to trochę za dużo. Jestem fanem opowieści, które da się zgrabnie zamknąć w jednym filmie, ostatecznie w jakiejś kameralnej trylogii. Ale w końcu nie zabija się kury znoszącej złote jaja. Wiedzą o tym doskonale twórcy Szybkich i wściekłych czy Michael Bay, etatowo kręcący kolejne produkcje o Transformersach. Tak samo Marvel, który doi swoich bohaterów tak bardzo, że każda produkcja studia bardziej przypomina zwiastun zapowiadający już kolejne epizody.

 

Dlatego – po średnio udanym Na nieznanych wodach – szedłem do kina na Zemstę Salazara z pewną nadzieją w duchu. Nie będę ukrywał, że jestem wielkim fanem pierwszych trzech części Piratów z Karaibów. Gore Verbinski z filmu na film zwiększał nieco skalę przedstawianych wydarzeń, aż do epickiego finału, który kosztował ponad 300 milionów dolarów i swego czasu był najdroższym obrazem w historii kina. Ale to nie wielkie bitwy morskie czy powoływanie do życia marynarskich legend bawi mnie w Piratach najbardziej.

 

 

Siłą tych produkcji są bohaterowie – każdy kieruje się tutaj swoim własnym interesem, co twórcy idealnie wykorzystali do stworzenia sieci relacji i zależności, opartych na różnego rodzaju hakach i przekrętach. Mistrzem matactwa jest oczywiście Jack Sparrow, ale postaci takie jak Barbossa, Will, Elizabeth, Beckett, Davy Jones czy Norrington wcale nie ustępują mu pola. Ich zwariowane perypetie okraszone zostały wspaniałymi zdjęciami „naszego” Dariusza Wolskiego oraz rewelacyjnym soundtrackiem Hansa Zimmera (w tej kwestii chyba tylko Howard Shore z muzyką do Władcy Pierścieni: Drużyny Pierścienia może stawać z genialnym Niemcem w szranki).

 

Nie wolno zapominać także o świetnych bohaterach drugiego planu, takich jak Gibbs, Cotton, Gubernator Swann, Bill Turner czy Pintel i Ragetti. Potrafią oni urozmaicić wydarzenia na ekranie, co jest zasługą napisanego z polotem i humorem scenariusza oraz doskonałej gry aktorskiej. Gore Verbinski w swojej trylogii przedstawił też niebanalnie napisane wątki miłosne, takie jak pokraczny trójkąt Will-Elizabeth-Jack czy pełna bólu relacja między Kalipso i Davym Jonesem.

 

 

Rozpisuję się w temacie poprzednich części Piratów z Karaibów, gdyż uważam, że to nie postać Jacka Sparrowa jest najważniejszym elementem tych filmów. Niestety twórcy Na nieznanych wodach i recenzowanej właśnie Zemsty Salazara postanowili właśnie wokół niego zbudować swoje produkcje, co nie do końca wyszło im na dobre. Johhny Depp wyraźnie zmęczony jest już tym bohaterem, zresztą nie tylko on. Lekkiej zadyszki dostali także inni aktorzy, jak na przykład Geoffrey Rush. Mimo to, obaj panowie zasługują na jakąś tam pochwałę, gdyż w Zemście Salazara bardzo starali się urozmaicić swoje postacie. Sparrow ze sprytnego matacza-cwaniaka stacza się powoli w kierunku nieudolnego pijaczyny, a kapitan Barbossa zamiast tradycyjnej żądzy krwi i przygód zamienia żywot awanturnika na tryb nieco bardziej wygodnicki i stacjonarny.

 

Starzy wyjadacze na pewno ucieszą się z gościnnego występu dawnych gwiazd serii – po 10 latach do roli Willa i Elizabeth wracają Orlando Bloom i Keira Knightley. Bardzo fajnie jest znowu zobaczyć ich na ekranie, jednak nie wykorzystano potencjału, jaki niesie ze sobą ta dwójka bohaterów. Zemsta Salazara skupia się bowiem na przedstawieniu widzowi zupełnie nowych twarzy – Henry'ego Turnera (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa) oraz Cariny Smyth. Brenton Thwaites i Kaya Scodelario wywiązali się ze swojego zadania przyzwoicie, kreując postaci z jednej strony bliźniaczo podobne do pierwowzorów z Klątwy Czarnej Perły, z drugiej zaś nacechowane nowymi elementami, dodającymi dwójce nieco charakteru.

 

 

Jak to zwykle w filmach z serii bywa, sama Zemsta Salazara jest tylko jednym z wątków, które pchają historię do przodu. Dlatego znacznie lepiej pasowała mi tutaj oryginalna nazwa: Dead man tell no tales, która stanowi przy okazji mrugnięcie okiem dla fanów poprzednich odsłon. Sam tytułowy mściciel został wykreowany przez Javiera Bardem, za którym szczerze mówiąc nie przepadam odkąd zepsuł mi cały seans Skyfall swoim sztucznym hiszpańskim akcentem i teatralną, przesadną gestykulacją. W roli korsarza wypadł nieco lepiej, ale mania wypowiadania co 30 sekund „Sparrrrrrrrrrrrrrrrrrrrow!” ani nie bawi, ani nie straszy – co najwyżej irytuje.

 

Mimo wprowadzenia kilku bohaterów oraz ciekawej retrospekcji ukazującej młodego CGI-Jacka Sparrowa (ciekawe czy Disney ma zamiar to robić w każdym nowym filmie?), Zemsta Salazara dość sprawnie zamyka wszystkie wątki – zarówno te nowe, jak i pewne niedokończone sprawy z poprzednich części. Jako fana serii to właśnie ucieszyło mnie najbardziej. Oczywiście nie łudzę się – prace nad kolejnym filmem zaczną się pewnie już niedługo...

 

 

Joachim Ronning oraz Espen Sandberg, odpowiadający za reżyserię, odrobili zadanie domowe i zawarli w swoim obrazie kilka scen, które zostają widzowi w pamięci. Pościg z sejfem przyczepionym do powozu jak żywo przywodzi na myśl Szybkich i wściekłych 5, a powrót na Czarną Perłę wzbudzi u każdego masę ciepłych uczuć. Nie zabrakło oczywiście ucieczki przed katem – załoga tym razem ratuje Jacka nie od stryczka, a przed gilotyną.

 

Zarówno tempo akcji, poczucie humoru jak i konstrukcja fabuły bardzo przypominają wspomnianą już Klątwę Czarnej Perły. Nowi Piraci z Karaibów są więc typowym kinem przygodowym, którego największą wadą jest uparte trzymanie się dobrze znanego kursu. Twórcy wyraźnie bali się przesadzić z udziwnianiem swojego filmu, więc powrócili na ścieżki wytyczone przez poprzedników. Trochę szkoda, ale przynajmniej otrzymaliśmy gwarancję dobrej, niezobowiązującej zabawy, w sam raz na ciepły letni wieczór. Bawiłem się nieźle, ale mam nadzieję, że to było ostatnie spotkanie z Kapitanem Jackiem Sparrowem i spółką.

 

 

Korekta: Damian "Nox" Lesicki

 

 


blog comments powered by Disqus