"Łotr 1" - recenzja filmu

Zadanie wykonane

Łotr 1 Gwiezdne wojny recenzja plakatCzy filmowa opowieść ze świata Gwiezdnych wojen pozostaje równie interesująca bez Skywalkerów, Jedi i mieczy świetlnych w rolach głównych? Miłośnicy odległej galaktyki mogą być spokojni. Moc jest z tym filmem.

Oczekiwania wobec Łotra 1 były spore, może nawet większe niż wobec Przebudzenia Mocy. Pierwsza z pobocznych historii ze świata Gwiezdnych wojen budziła również duże obawy, szczególnie po tym, jak Epizod VII spotkał się z mieszanym odbiorem. Twórcy Łotra 1 odrobili jednak lekcje i usunęli ze swojego filmu podstawową bolączkę obrazu J. J. Abramsa – wtórność. Przygody Jyn Erso są – przynajmniej w ramach serii, którą reprezentują – świeże zarówno pod względem formy, jak i treści.

Fabuła Łotra 1 opowiada o tym, jak Rebelianci weszli w posiadanie planów Gwiazdy Śmierci oraz w jaki sposób znaleźli sposób na zniszczenie superbroni Imperium. W centrum wydarzeń, które do tego doprowadzą znajduje się wspomniana już Jyn (Felicity Jones) – gwiezdnowojenna Katniss Everdeen. Wokół dziewcznyny wkrótce zaczyna gromadzić się drużyna niezwykłych indywiduów: rebeliancki szpieg Cassian (Diego Luna) i towarzyszący mu droid K-2SO (przemawiający głosem Alana Tudyka), związani ze świątynią Jedi Chirrut (Donnie Yen) i Baze (Wen Jiang) oraz pilot Bodhi (Riz Ahmed). Wspólnie tworzą oddział straceńców w stylu Parszywej Dwunastki, który ma za zadanie zdobyć plany Gwiazdy Śmierci lub zginąć podczas próby ich zdobycia.

Rogue one K-2SO Jyn Erso

Bohaterowie przedstawieni są fenomenalnie. Każdy z nich posiada wyróżniający go sposób bycia i cechy charakterystyczne, za które można go polubić. Najmocniejszym kandydatem na faworyta publiczności jest jednak zdecydowanie K-2SO – uroczy, ale potrafiący się odciąć, poczciwy, a jednocześnie zaradny robot o wielkim sercu. To zresztą charakterystyczna cecha Gwiezdnych wojen, że droidy są pełnoprawnymi bohaterami i posiadają nieraz bardziej rozbudowaną osobowość od niektórych ludzi.

Historia, choć początkowo toczy się dość powoli, stopniowo nabiera tempa, by w końcu wskoczyć w nadświetlną i pędzić z planety na planetę, od jednej sceny akcji do drugiej, wciąż trzymając widzów w napięciu. Wiemy, jak to wszystko się skończy (i dla bohaterów, i dla świata przedstawionego), a i tak losy Jyn i spółki ogląda się z dużym zaangażowaniem – to nie lada osiągnięcie dla interquela. Gareth Edwards bardzo zgrabnie połączył również warstwę wizualną starej i nowej trylogii. Chociaż więcej elementów nawiązuje stylistycznie do Nowej nadziei, to pojawiają się tu również pola siłowe i komputerowe plenery rodem z Zemsty sithów. Reżyser garściami czerpie też z kina wojennego, wprowadzając do odległej galaktyki nową jakość. Mamy tu czołgi, partyzantkę, dywersję, ogromne szwadrony myśliwców, ostrzały, salwy, eksplozje… słowem – jest widowiskowo.

Na osobny akapit zasługują rozmaite nawiązania do innych odsłon uniwersum stworzonego przez George’a Lucasa, których jest naprawdę wiele. Najwięksi fanatycy ucieszą się z masy występów gościnnych i easter eggów poukrywanych w poszczególnych scenach. Mniej zagorzałych miłośników Gwiezdnych wojen ucieszy pojawienie się na ekranie kilku drugo- a nawet pierwszoplanowych postaci ze starej i nowej trylogii. Najważniejszym spośród nich jest gubernator Tarkin, który pełni w Łotrze 1 funkcję drugorzędnego antagonisty. Odtworzony komputerowo Peter Cushing prezentuje się na ekranie całkiem nieźle, chociaż oczywiście animowanej postaci daleko jeszcze do ideału (jest to szczególnie widoczne, gdy przyjrzymy się ruchom ust albo oczom oficera imperium). Co ciekawe, rola Tarkina jest dużo bardziej rozbudowana, niż można by się spodziewać – liczba scen z jego udziałem jest chyba większa niż w Nowej nadziei.

Łotr 1 Darth Vader

Mimo to, nie ma co się łudzić – największe zainteresowanie wzbudzi z pewnością największy złol odległej galaktyki – Darth Vader; tu również widzowie będą usatysfakcjonowani. Lord Sith nie dostał aż tyle czasu ekranowego, co Tarkin, ale wykorzystuje go w 100%, ponownie mówiąc budzącym dreszcze głosem Jamesa Earla Jonesa. Z kolei główny antagonista, Krennic, w porównaniu do innych czarnych charakterów serii wypada nieźle, choć raczej nie przejdzie do historii. Jest jednak postacią dużo bardziej stonowaną i mniej groteskową od Huxa z Przebudzenia Mocy, a to już coś.

Najsłabszy element Łotra 1 stanowi bezsprzecznie muzyka. Michael Giacchino nie miał łatwego zadania, mierzył się bowiem z jedną z najbardziej kultowych ścieżek muzycznych w historii kina, a poprzeczkę ustawił mu sam John Williams. Chociaż Giacchino nie jest debiutantem i ma na koncie niezwykle udane kompozycje (chociażby Iniemamocni, Star Trek czy seria gier Medal of Honor), tutaj ewidentnie nie podołał. Muzyka niknie gdzieś w tle i przez większą część seansu mogłoby jej równie dobrze nie być. I nie byłoby to jeszcze takie złe, gdyby nie główny motyw Łotra 1, który jest po prostu irytujący. Kompozytor tak usilnie próbował nawiązać do tematu otwierającego Gwiezdne wojny, że wyszła mu kompletnie niewpadająca w ucho podróbka.

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie to niezwykle udany powrót do odległej galaktyki. Twórcy przenieśli do świata Jedi pomysł sprawdzony wcześniej w filmach z superbohaterami Marvela – wykorzystali formułę znanego i lubianego gatunku filmowego, żeby odświeżyć popadającą w schematyczność franczyzę. I udało się, co zapewne wkrótce potwierdzą liczne recenzje, głosy fanów i wyniki box office’u. Wygląda na to, że specjaliści ze studia Disneya znaleźli kamień filozoficzny Hollywood – przepis na pewny i powtarzalny sukces… albo zaprzedali dusze Ciemnej Stronie Mocy.

Korekta: Joanna Biernacik

Łotr 1 Gildia


blog comments powered by Disqus