Kilkadziesiąt minut walki o życie

Zakres treściowy tematów podejmowanych przez  współczesny, skandynawski film grozy wydaje się nie mieć granic. W Szwecji powstał nastrojowy i niepokojący Pozwól mi wejść, w Danii klimatyczne ghost story Room 205 oraz komedio-horror The Substitute. Wkład Finlandii w światowe dziedzictwo grozy to między innymi zwycięzca ubiegłorocznego Horrfestiwalu.pl, refleksyjna Sauna i, zrealizowane z udziałem muzyków zespołu Lordi, Dark Floors. A Norwegia? Ten niespełna pięciomilionowy kraj specjalizuje się w bodaj najbardziej amerykańskiej odmianie „strasznych filmów”: survival horrorze i slasherze, czego wyrazem są obie części Hotelu Zła, krwawej uczty na wesoło w Dead Snow i  wydanego właśnie u nas na DVD Manhunt.

Niskobudżetowy survival z Norwegii to na polskim rynku pewne wydarzenie, pomimo że film Patrika Syversena nie nosi znamion realizatorskiego geniuszu. Co więcej Manhunt powiela chyba wszystkie możliwe schematy i gatunkowe klisze, a jego mocne i słabe strony nakładają się na plusy i minusy innych, szarych dzieł gatunku.

W lecie roku 1974 grupa przyjaciół wyrusza na planowany, weekendowy odpoczynek na łonie natury wśród norweskiej, leśnej głuszy. Ogłupieni i zdezorientowani przez zabraną z drogi rozhisteryzowaną autostopowiczkę, wpadają w pułapkę zastawioną przez żądnych zabawy myśliwych. Stają się zwierzyną, po piętach której depczą zdegenerowani prześladowcy. Zmuszeni pokonać ciągnące się kilometrami, najeżone pułapkami lasy, młodzi ludzie walczyć będą o życie przez kilkadziesiąt minut projekcji.

Fascynacja Teksańską masakrą piłą mechaniczną, do której otwarcie przyznaje się reżyser Manhunt, przenika jego film na wskroś. Pomimo minimalnego budżetu, jakim dysponował Syversen, atmosfera lat siedemdziesiątych przenosi widza jak maszyna czasu do początków kina survivalowego. Osadzenie akcji gdzieś daleko poza miejskimi zabudowaniami, w połączeniu z odpowiednią scenografią buduje wiarygodny obraz norweskich rubieży. Nie przeszkadza nawet oczywisty fakt, że Manhunt pozbawiony jest chociażby charakterystycznego dla Teksańskiej… kontekstu, brak w nim nawiązań do ówczesnej, lub współczesnej, sytuacji. Innymi słowy, Manhunt jest znaczeniowo pusty. Wydaje się jednak, że właśnie ta pustka, czy też prostota, jest jednocześnie główną zaletą filmu Syversena. Sama narracja jest bowiem „nieskażona” żadnymi odniesieniami, często w przypadku horroru pretensjonalnymi, i tym samym młody reżyser oferuje nam w pełni „wyzwolony” film grozy.

Manhunt jest widowiskiem dynamicznym, krwawym i brutalnym, lecz nie wystawia głowy z morza mu podobnych. Przypomina raczej fanowską produkcję, przeznaczoną dla miłośników survivali. Sprawnie nakręconą, lecz nie liczącą na poklask szerszej publiczności, nawet tej „gatunkowej”, która może być znużona kolejnym filmem polegającym na schemacie sidła-ucieczka-pogoń-konfrontacja.


--- Reklama ---