"The Rock" w ogniu - Recenzja wydania DVD filmu "San Andreas"

Autor: osti
Korekta: Damian "Nox" Lesicki
13 listopada 2015

Fakty mówią same za siebie – kinomani uwielbiają wprost oglądać na ekranie ludzkie dramaty z katastrofą w tle. W przeciwnym razie takie filmy w ogóle by nie powstawały, prawda? Zdarzają się w tym gatunku produkcje naprawdę wybitne – 11 Oscarów dla Titanica to niepobity rekord i jednoznaczna rekomendacja. Dobrze przyjęte zostało także Niemożliwe z tragicznym tsunami w Tajlandii robiącym za tło wzruszających wydarzeń. Jest też oczywiście druga strona barykady, na czele której stoi Roland Emmerich ze swoim Pojutrze oraz 2012.

Choć dwie ostatnie produkcje usilnie starały się być czymś więcej niż tylko efekciarską papką, poległy kompletnie na próbach wykreowania rzeczywistych postaci, których losy w jakiś sposób obchodziłyby widza. Trzeba przyznać, że pod tym względem reżyser Brad Peyton stworzył wierną kopię katastroficznych "dzieł" Emmericha. Nazwanie San Andreas filmem katastrofalnym byłoby może zbyt dużą złośliwością, ale nie zabrakło do tego wiele. Twórcy obrazu bardzo starali się pokazać tragiczną, mocną historię rodzinną, jednak pogubili się gdzieś po drodze.

San Andreas stoi w ogromnym rozkroku. Jedną nogą znajduje się tuż obok Niemożliwego – bliskie osoby zostają rozdzielone przez tragedię i starają się ponownie zjednoczyć, aby razem stawić czoła przeciwnościom losu. Druga zaś ugrzęzła razem z innymi produkcjami, dla których fabuła jest tylko pretekstem do pokazania walących się budynków, wybuchów i gigantycznych fal. Co z tego, że historia ma potencjał, jeśli jej bohaterami są postacie wycięte z poradnika "Hollywoodzki scenariusz dla opornych"?

W centrum opowieści stoi Dwayne "The Rock" Johnson, który po raz kolejny udowadnia, że potrafi podnieść niemal każdy ciężar – oprócz gry aktorskiej. Rozbity rozpadem rodziny pilot śmigłowca mógłby być ciekawą postacią, ale obsadzenie w tej roli aktora o wyglądzie nomen omen skały zwyczajnie kłuje w oczy i mocno utrudnia odbiór całości. Mimo iż The Rock użył prawdopodobnie całego swojego wachlarzu umiejętności, jego postać zwyczajnie nie trzyma się kupy. Pozostali bohaterowie stworzeni zostali według dobrze wszystkim znanych schematów, co ma swoje plusy. Paul Giamatti i Carla Gugino to aktorzy o dość sporym warsztacie, więc nie mieli żadnych problemów z wykreowaniem swoich postaci. Również młodzież, wokół której rozgrywa się spora część dramatu, zagrała bardzo poprawnie. Szkoda jedynie, że wszystkie postaci są nijakie, przez co ich dalszy los ani widza ziębi, ani grzeje.

Osobny akapit można śmiało poświęcić oprawie audiowizualnej filmu. Efekty specjalne stoją na naprawdę wysokim poziomie, więc jeżeli ktoś piał z zachwytu na seasnie Pojutrze lub 2012, podczas oglądania San Andreas również będzie wniebowzięty. Szczególne brawa należą się za zdjęcia oraz montaż, których autorzy potrafili zręcznie przenieść uwagę widza z ukazanego w totalnym planie walącego się miasta na drobniutką postać człowieczka walczącego o przeżycie z siłami przyrody. Ścieżka dźwiękowa filmu jest przyzwoita, chociaż można odnieść wrażenie, że momentami jest zbyt "epicka" w stosunku do relatywnie spokojnego momentu na ekranie – choć to zawsze leży w indywidualnej ocenie każdego odbiorcy.

Wydanie DVD San Andreas jest bardzo skromne. Jeśli chodzi o materiały dodatkowe, oddano widzom do dyspozycji w zasadzie tylko film z komentarzem reżysera Brada Peytona (dostępny w wersji angielskiej z polskimi napisami). To dość kontrowersyjne rozwiązanie – z jednej strony z ust autora filmu można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, więc jest to miły ukłon w stronę fanów. Z drugiej jednak, wątpliwym jest, że komukolwiek będzie chciało się oglądać produkcję po raz drugi, tylko po to, aby usłyszeć parę zdań od reżysera na temat każdej sceny. Menu dysku DVD jest całkiem przyjemne oraz czytelne, więc nikt nie powinien mieć problemu z uruchomieniem filmu w wersji z polskimi napisami lub lektorem. Wszystkie wersje przygotowano w standardzie Dolby Digital 5.1, co na szczęście dla posiadaczy kin domowych stało się już normą.

San Andreas jest filmem trudnym w ocenie. Padło w tej recenzji na jego temat sporo cierpkich słów i większość produkcji w takiej sytuacji leżałaby już na deskach, czekając na werdykt sędziego. Ale w końcu Dwayne Johnson to twardziel jakich mało, a obrazy z nim w roli głównej mają to do siebie, że w magiczny sposób przyciągają rzesze widzów przed ekrany. Podobnie jest tym razem – mimo ogólnej miałkości i nijakości, San Andreas ogląda się całkiem przyjemnie i nie można z czystym sumieniem powiedzieć, że te 110 minut to czas zupełnie stracony. Dla fanów Rolanda Emmericha to pozycja obowiązkowa.



blog comments powered by Disqus