"Sausage Party" - recenzja filmu

Autor: osti

Ekstremalny foodporn

Sausage Party można w skrócie opisać jako połączenie cukierkowej animacji w stylu Pixara z niewybrednym poczuciem humoru à la South Park. Od razu trzeba jednak przy takim porównaniu dokonać kilku sprostowań.

Animacji skierowanych przede wszystkim do dorosłego widza nie powstało w kinie zachodnim jakoś specjalnie dużo, stąd każda tego typu produkcja wywołuje spore zainteresowanie wśród fanów Family Guy’a, Simpsonów czy wspomnianego już Miasteczka South Park. Sausage Party ambitnie chciałoby aspirować do grona zasłużonych „bajek dla dorosłych” – niestety odpada w przedbiegach.

Animację przygotowaną przez Setha Rogena i spółkę pogrąża to, co miało być jej największą siłą. Zbereźny humor zastosowany został przez twórców w ilościach przekraczających wszelkie granice dobrego smaku. Nie byłby to w ogóle problem, gdyby (podobnie jak w wymienionych przeze mnie klasykach) wulgaryzmy były jedynie środkiem do osiągnięcia mniej lub bardziej błyskotliwej puenty. Sęk w tym, że w Sausage Party ordynarne żarty są celem samym w sobie. 

Przez półtorej godziny seansu na widownię wylewane są dosłownie hektolitry pomyj. Co gorsza, widz bardzo szybko obojętnieje na powtarzające się rynsztokowe dowcipy. Obrzucani mięchem przestajemy reagować na kolejne aluzje do wszystkich możliwych (niemożliwych zresztą też) form odbywania stosunku płciowego. Obraz z poczuciem humoru na takim poziomie może podobać się jedynie uczniom szóstej klasy podstawówki, jednak – z oczywistych względów – nie jest do nich skierowany. 

Twórcy prawdopodobnie byli świadomi ciężaru, jaki dla ich produkcji stanowią obelżywe żarty. Stąd postanowili, najwyraźniej dla równowagi, aby ich dzieło stanowiło religijną alegorię, w której bogami są ludzie, a wiernymi wyznawcami wszystkie towary możliwe do kupienia w markecie spożywczym. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jaka przykra niespodzianka czeka na wszystkie te smaczne bułeczki i kiełbaski po opuszczeniu sklepowego wózka… Nachalna krytyka wszelkich wierzeń ostatecznie nie do końca trafia w cel: bohaterowie, gdy poznają prawdę na temat bogów, wyzwoleni z okowów religii, postanawiają… urządzić wielką orgię. Przynajmniej wiemy, jakie cele w życiu mają autorzy scenariusza.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, nie można się do Sausage Party przyczepić. Animowane jedzenie zostało przygotowane z dbałością o wszystkie detale, a uważny widz wychwyci w tle wiele ciekawych smaczków. Na ekranie dużo się dzieje i czasami aż żal, że nie ma więcej czasu, aby dokładnie przyjrzeć się dopracowanym kadrom. Na wielkie brawa zasługuje świetny dobór aktorów (Edward Norton dosłownie przeszedł samego siebie!). Cieszy też fakt, że polski dystrybutor nie próbował popełnić dubbingu tej produkcji, bo efekty takiego zabiegu mogłyby być po prostu fatalne.

Kucharz przygotowujący Sausage Party dodał do swojego dania stanowczo zbyt wiele mięcha i pieprzu, przez co stało się ono praktycznie niejadalne oraz bardzo ciężkostrawne. Religijna parabola również niezbyt się tutaj udała... Smaczku dodają na pewno świetne występy gościnne Salmy Hayek i Edwarda Nortona, jednak kilka przyjemnie zabawnych scen nie ratuje niestety obrazu całości, tym bardziej, że można zobaczyć je na zwiastunach. Cieszy, że filmowcy ciągle starają się wtłoczyć w gatunek animacji komputerowej nieco świeżego powietrza, jednak jeśli tak ma wyglądać przyszłość komedii, to chyba wolę piątą już część Epoki Lodowcowej

Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus