Recenzja całego sezonu "Spartakus: Wojna potępionych"

Autor: Radosiewka

Mało rozpoznawalna stacja Starz w styczniu 2010 roku rozpoczęła emisję serialu, który zaskoczył wszystkich – łącznie z jego twórcami. O ile pierwsze odcinki Spartakusa dopiero budowały intrygę, widać było, że scenarzyści dopiero szukają odpowiedniej konwencji. I tak, w kolejnych odcinkach mogliśmy oglądać krwawe widowisko, pełne przemocy oraz seksu. Bunt Spartakusa i niewolników był tematem co najmniej trudnym do przeniesienia na ekrany telewizorów, ale udało się połączyć intrygi polityczne z wyrazistymi postaciami i świetnymi scenami walki. Kolejne sezony cieszyły się coraz większą popularnością, a gdy zapowiedziano, że Spartakus: Wojna Potępionych będzie ostatnim, finalnym sezonem, oczekiwania fanów były ogromne.

Sezon rozpoczyna się dość spokojnie. Spartakus z towarzyszami prowadzą bunt, a ich celem jest wyzwolenie wszystkich niewolników i zniszczenie władzy Rzymu. Początkowo można odczuwać brak znajomych twarzy z finału Spartakus: Zemsta, jednak już po paru odcinkach widz odnajduje się w nowej konwencji i jest już tylko lepiej. Z wcześniej znanych bohaterów, Gannicus nadal zachwyca swoim podejściem do życia oraz swoistą beztroską, a Crixus nieustępliwością w walce. Co ciekawe, po pierwszych odcinkach, gdy buntownicy zdobywają miasto, zaczynamy zastanawiać się, czy ich poczynania nie są gorsze niż te ich przeciwników i czy naprawdę powinniśmy im kibicować. Zwłaszcza, że serial nareszcie doczekał się świetnych antagonistów.

Simon Merrells w roli Marka Krassusa przyciąga uwagę widza od pierwszych scen z jego udziałem. Niezwykle inteligentny polityk swojemu sprytowi i umiejętnościom zawdzięcza zdobycie ogromnego majątku. Brakuje mu tylko poważania ze strony innych Rzymian. Stłumienie powstania Spartakusa jest dla niego idealną okazją do pokazania swojej wartości. Merrells ze swoją świetną mimiką kradnie sceny innym aktorom, a jego dialogi zostały bardzo dobrze rozpisane. Nie traktuje niewolników jako gorszych, mniej inteligentnych ludzi – po prostu mają inny status społeczny. Nareszcie, główny przeciwnik w serialu jest równie zaradny i przebiegły co bohaterowie - ciężko go nie doceniać.

Kolejną postacią Rzymianina, która została wprowadzona w finalnym sezonie, jest Gajusz Juliusz Cezar. Todd Lasance z wyglądu przypomina Brada Pitta, ale granej przez niego postaci najbliżej charakterem do stojącego po przeciwnej stronie konfliktu Gannicusa. Świetny wojownik, współpracujący z Krassusem, nie boi się zrealizować nawet najbardziej szalonego pomysłu. Pragnie sławy, ale doskonale odnajduje się w sytuacji politycznej. Nie uchroniło go to jednak przed błędem w postępowaniu z synem Marka – Tyberiuszem. Po pierwszych odcinkach jego postać zapowiadała się na niezwykle irytująca, kradnącą tylko czas antenowy innym postaciom. Okazało się, że scenarzyści po raz kolejny zaserwowali widzom coś, czego się nie spodziewali. A ciężko to dokonać, biorąc pod uwagę ilość trupów, hektolitry krwi i sceny nagości w każdym odcinku.

Nowe postacie kobiece prezentują dość zróżnicowany poziom. Jeśli chodzi o Rzymienkę Laetę (Anna Hutchison), jej postać służy głównie do tego, aby również Spartakus miał jakaś towarzyszkę, chociaż podobnie jak Mira, pełni ona poboczną rolę, bez wykorzystania potencjału tej bohaterki przez scenarzystów. Grana przez Ellen Hollman Saxa, brutalna wojowniczka, to kolejny przykład na to, jak niekonsekwentnie postępują scenarzyści z postaciami kobiecymi. Po paru odcinkach, Saxa zostaje odstawiona na boczny tor, a na ekranie częściej widzimy „cień Gannicusa”, czyli nieśmiałą oraz niewinną  Sibyl (Gwendoline Taylor). Z zachwytem patrzy na jedynego gladiatora z ludus Bathiatusa, który wywalczył sobie wolność. Zastrzeżeń nie można mieć do postaci ukochanej niewolnicy Krassusa – Kore (Jenna Lind). Dobrze, że jej postać nie jest wręcz ślepa z miłości, a za poniesione krzywdy gotowa jest się zemścić, bez względu na cenę.

Spartakus już dawno przestał być serialem tylko o tytułowym bohaterze, a równie ważni stali się Gannicus oraz Crixus. Dobrze, że każdy z nich jest inny i widz nie ma wrażenia, że pomimo odmiennego wyglądu, ma do czynienia z trójką archetypowych wojowników. Gannicus zawsze stara się z rozsądkiem patrzeć na sytuację buntowników, nie czując się przy tym do końca przekonany do sukcesu buntu. Grający go Dustin Clare ponownie czaruje urokiem i na pewno jest jednym z faworytów kobiet, które też oglądają ten serial (a wbrew pozorom jest ich dość dużo). Manu Bennett, wcielający się w Crixusa,  nie należy do najbardziej utalentowanych aktorów, ale i jego rola nie wymaga od niego ogromnych wyzwań aktorskich. Nadal imponuje swoją kondycją oraz świetnie wykonanymi scenami walki.

Pewnym zgrzytem podczas oglądania tego sezonu, prawdopodobnie najbardziej denerwującym, jest postać Naevi (Cynthia Addai-Robinson). Każda scena z jej udziałem w dalszej części serialu irytuje. Bohaterka oskarża każdego o zdradę, a jej paranoje sprawiają, że również Crixus traci wiarę w Spartakusa i innych.  Chyba żadnej postaci w serialu tak wielu fanów nie życzyło śmierci.

Na koniec pozostaje najważniejsza postać rebelii – grany przez Liama McIntyre’a Spartakus. Zastępuje on tragicznie zmarłego Andy’ego Whitfielda. O ile w poprzednim sezonie można było nadal czuć, że McIntyre nie dorównuje charyzmą Whitfieldowi, w Wojnie Potępionych jest już znacznie lepiej. W finałowych odcinkach można śmiało powiedzieć, że godnie zastępuje swojego poprzednika.

Od początku było wiadomo, że ten sezon będzie kosztował znacznie więcej niż poprzednie. W końcu, to finalne starcie buntowników z siłami Rzymu. I co zaskakujące, ciężko znaleźć jakiekolwiek ślady budżetowości. Oczywiście, nadal jest mnóstwo efektów komputerowych oraz green screena, ale nie przeszkadza to w czerpaniu satysfakcji ze scen walk. Gdy widać z lotu ptaka ułożenie sił Spartacusa oraz Rzymian, nie razi to sztucznością, a pomaga w zorientowaniu się w sytuacji. Bitwy to już nie potyczki paru osób, a wielkie starcia, gdzie każda ze stron stosuje fortele, próbując zdobyć jak największą przewagę.

Finalny sezon nie jest jednak bez wad. Podobnie jak w poprzednich częściach, wszyscy bohaterowie posługują się niezwykle podniosłym językiem, korzystając ze słownictwa, którego raczej nie zobaczylibyśmy u przeciętnego niewolnika. Taka jest jednak konwencja, a i samym scenarzystom na pewno było o wiele trudniej pisać tego typu dialogi. Może to właśnie przez to niektórzy aktorzy nie radzą sobie z odpowiednim odgrywaniem emocji, skupiając się raczej na swoich kwestiach. Idealnym przykładem jest postać Crixusa – zawsze, gdy sprzecza się ze Spartakusem albo rozmawia z Naevią, ogranicza swoją mimikę do zbędnego minimum – obniżenia tonu głosu i wytrzeszczenia oczu. Nie są to jednak wady, które przeszkadzają w cieszeniu się widowiskiem.

Ostatni odcinek serialu nosił tytuł Victory (Zwycięstwo) i idealnie podsumowuje nie tylko zdarzenia z tego odcinka, ale także to, w jaki sposób rozstajemy się z serialem. Stacja Starz stanęła na wysokości zadania i zaoferowała wszystko to, co najlepsze w tej produkcji. Zwroty akcji, świetne sceny walki i epicka bitwa –  te elementy były najlepszej jakości. Dialogi pomiędzy bohaterami były rewelacyjnie rozpisane. W pamięci na pewno pozostanie scena pomiędzy Krassusem oraz Spartakusem – rewelacyjny pokaz aktorstwa, ze strony obojga aktorów. Po tym odcinku to właśnie McIntyre jest tym właściwym Spartakusem. Miłym gestem w stronę wszystkich aktorów było pokazanie podczas napisów końcowych wszystkich bohaterów, których mieliśmy okazję zobaczyć. Nie zabrakło również Whitfielda.

!!!!Poniżej opinia o ostatnim odcinku, obfitująca w spoilery!!!!

Z lekcji historii można było dowiedzieć się, że powstanie Spartacusa nie powiedzie się, a jego siły zostaną rozgromione. Zarówno Gannicus jak i Crixus poniosą śmierć, natomiast ciała samego Spartacusa nigdy nie odnaleziono. Dlatego fani mogli mieć nadzieję na to, że być może odniesie on małe zwycięstwo, uda mu się przedostać w góry i dalej na północ. Tak się jednak nie stało, a śmierć Spartacusa, jak i wielu innych jego towarzyszy należała do świetnie zekranizowanych, pełnych emocji oraz smutku, że to już koniec tego serialu. Ale jaki koniec.

Ciężko znaleźć chociażby jedną zbędną scenę albo dialog. Każda z postaci doczekała się zamknięcia swojego wątku. Śmierć Saxy i jej słowa do Gannicusa, że wreszcie znowu jest w jego ramionach, bezsilny Gannicus, otoczony przez wojska Rzymian, bezskutecznie próbujący się przebić przez ich tarcze – takiej dawki emocji dawno nie zaoferował nam żaden serial. Walka Spartakusa z Krassusem zyskuje dzięki rewelacyjnej pracy kamer i użyciu dźwięku, a widz do końca ma nadzieję, że może jednak nasz wojownik przeżyje. Twórcy ciekawie przedstawili śmierć wojowników – zarówno Spartakus, jak i wcześniej Crixus, zostali zabici nie poprzez dowódców, a przez mniej godne osoby, zaatakowani z zaskoczenia w plecy. Każde słowo pożegnania ocalałych ze Spartakusem obfituje w nawiązania do poprzednich odcinków. Fani serialu nie powinni czuć niedosytu, a ogromną satysfakcję, że ten serial do samego końca trzymał poziom. Spartakus: Wojna Potępionych to idealny przykład produkcji, która oferuje dobre, poruszające zakończenie. 


blog comments powered by Disqus