"Szatan kazał tańczyć" - recenzja

Instagramowy świat

szatan kazał tańczyć recenzjaReżyserka Katarzyna Rosłaniec poszła zdecydowanie w klimat teledyskowy, instagramowy, snapchatowy. Ładne obrazki bez chronologii ślizgają się jeden po drugim na ekranie. Chwilowe uniesienia czy tragedie – wszystko trwa dosłownie kilkanaście sekund, zmontowane w ponadgodzinną całość. Zlewa się to do tego stopnia, że nie jest w stanie stać się spójną, wiarygodną opowieścią.

Szatan kazał tańczyć jest trzecim filmem w dorobku reżyserki. Kolejnym, który stara się szokować treścią i kadrami. Rosłaniec zasłynęła w 2009 roku filmem Galerianki, a następnie w 2012 roku filmem Bejbi blues. Wszystkie jej obrazy łączy podobna maniera. Reżyserka za wszelką cenę pragnie wstrząsnąć widzem, lecz czy robi to w umiejętny sposób? W swoim najnowszym filmie przedstawia nam historię Karoliny, w której rolę wcieliła się młodziutka Magdalena Berus. Dziewczyna napisała kontrowersyjną książkę Laleczka, która poruszyła rynek literacki, a teraz zmaga się z niemocą twórczą. Dwudziestolatka ewidentnie nie radzi sobie z otaczającą ją rzeczywistością, coraz bardziej zatapiając się w narkotykach, seksie, alkoholu i imprezowaniu. Do tego dochodzą jej problemy rodzinne i bulimia. A co najważniejsze, bohaterka machore serce, któremu na pewno nie sprzyja prowadzony przez nią tryb życia. Dużo czynników destrukcyjnych jak na jedną osobę i jeden film.

szatan kazał tańczyć recenzja

Trzeba zdecydowanie przyznać, ze Rosłaniec czuje współczesną kulturę audiowizualną. Stworzyła film idealny dla pokolenia snapchata pokazującego każdy fragment swojego życia na chwilę, by potem przepadł bezpowrotnie. Ulotność i chwilowość, brak czasu na zaangażowanie i wejście w coś głębiej, to główne cechy tej masowej kultury oraz obrazu Katarzyny Rosłaniec. Niemal wszystko traktowane jest powierzchownie. Kadry są przemyślane, można dowolnie je ze sobą składać – i tak za każdym razem wyjdzie nam to samo. Nie ma tutaj chronologii, a widz może tylko domyślać się, jakie wydarzenia następowały po sobie. Jest kolorowo, intensywnie i przerysowanie. Bardzo często pojawiają się nawiązania do „Klubu 27” wielkich artystów, którzyzbyt młodo odeszli, całej mitologii bohemy artystycznej i życia jak gwiazdy rocka.

Niestety w pewnym momencie film zaczyna nużyć. Widz dostaje taki przesyt treści i formy, że staje się to irytujące, niewiarygodne i śmieszne. Karolina jest postacią zaburzoną i pretensjonalną, lecz tak naprawdę nie wiadomo, w czym problem. Reżyserka jakby zapomniała o całym zapleczu psychologicznym głównej bohaterki i w żaden sposób nie uargumentowała nam ogólnej destrukcji młodej pisarki, przez co cała ta opowieść wydaje się być wydumana i infantylna. Przez cały film przewijają się sceny seksu, ogólnej nagości, brania narkotyków, imprezowania do upadłego i picia dużej ilości alkoholu. Aż ma się ochotę zacząć przewracać oczami z pytaniem „Serio?! Ile można?!”. Z upragnieniem wyczekuje się finału w nadziei, że może tam nastąpi jakąś konkluzja, lecz film kończy się nagle, jakby ucięty w połowie.

Katarzyna Rosłaniec czuje współczesne kino, niemniej jednak wypadałoby jej popracować nad treścią i formą, by kolejne produkcje były bardziej wyważone. Być może w przyszłości doczekamy się czegoś bardziej przejmującego.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki

 


blog comments powered by Disqus