"Tabu" - recenzja pierwszego sezonu serialu

Czy się odważysz? 

Serialowi giganci, tacy jak Netflix czy HBO, bez wątpienia wiodą prym na rynku telewizyjnym. Nie są w stanie jednak czasem dorównać takim perełkom jak Outlander, Hannibal czy, miejmy nadzieję, nadchodzący Amerykańscy bogowie. Szum wokół Tabu nie był tak ogromny jak w przypadku chociażby Gry o Tron. Pojawiło się kilka zwiastunów, po których rozpalona została ciekawość fanów głównie niszowych produkcji. Całkiem jakby na serial padła klątwa podobna do samego tytułu. Nie wiadomo było także, czego spodziewać się po produkcji traktującej o do dziś kontrowersyjnym temacie imperializmu i kolonializmu brytyjskiego. Odpowiedzi są co najmniej zaskakujące. Tabu to serial, który trzeba zobaczyć w tym roku… jeśli tylko się odważycie.

James Keziah Delaney pojawia się w rodzinnym Londynie po wieloletniej nieobecności i staje się spadkobiercą swojego zmarłego. Kim jest James? Potworem, mówią jedni. To diabeł wcielony, mówią drudzy. Ludzie boją się, ale jest też mnóstwo interesantów, którzy z chęcią doprowadziliby do jego śmierci, aby przejąć zapisany mu i jednocześnie cenny skrawek ziemi. Ale James nie może umrzeć. Ma tajemną wiedzę, która przeraża wszystkich.

Już sam pierwszy plakat serialu zasiewa niepewność i nieodpartą ciekawość. Grający główną rolę Tom Hardy ma na twarzy rytualne, białe malunki, podczas gdy ubrany jest w tradycyjny wiktoriański strój. To zderzenie cywilizacji Zachodu i rzekomego „barbarzyństwa” ludów podbijanych przez kolonizatorów towarzyszy całemu serialowi. Chrześcijaństwo oraz ta druga strona - magia, rytuały i inkantacje - łączą się w nieoczekiwanych i przerażających kombinacjach. To napięcie kumuluje się w postaci Jamesa Delaney’a. Bohater - grany z niesłychaną brawurą, hipnotyzmem i charyzmą dorównującą największym gwiazdom kina przez Toma Hardy’ego - jest także symbolicznym ucieleśnieniem kolonializmu. To potwór stworzony przez dwa światy reprezentowane przez jego ojca i matkę Indiankę, którą posądzano o szaleństwo. To samo zarzuca się Jamesowi, przez co powraca motyw szaleństwa i sztucznego społecznego ostracyzmu, często poruszanego teraz przez badaczy kulturowych, takich jak Michel Foucault. To samo tyczy się kontrowersji związanych z kazirodczym związkiem Jamesa z jego przyrodnią siostrą. Tabu przeprowadza nieprzyjemną, acz słuszną rewizję wciąż  nierozliczonego w pełni tematu obrzydliwego dziedzictwa kolonializmu. Sam tytuł też dotyczy symbolicznie współczesnych kwestii nieporuszanych w popularnym dyskursie. Delaney dręczony jest przez mordercze wizje, rozmawia ze zmarłymi, godzinami wpatruje się w ogień i ma na ciele tajemnicze tatuaże. Społeczeństwo go odrzuca, on jednak pokazuje, że demony takie jak kolonializm zawsze powracają, póki nie zostaną ostatecznie pokonane… o ile jest to możliwe.

Ustabilizowane życie Londynu zestawione jest ze światem Jamesa, który powraca do rodzinnej posiadłości. Ponury dom jest prawie ruiną i wydaje się prawdą, że żyją w nim tylko duchy dawnych mieszkańców. Do tego dochodzą surrealistyczne, rodem z horroru sceny koszmarów Jamesa wynikających z jego wstrząsających i nigdy niewyjaśnionych w pełni doświadczeń z przeszłości. Historia przesiąknięta jest zderzeniem jawy i snu, James jest dręczony przez demony, wizje i magiczne zaklęcia, które dają mu władzę, ale są też tragicznym przekleństwem. Każdy odcinek wciąga bez reszty także za sprawą mrocznego, niepokojącego wręcz klimatu. Są sceny ociekające przemocą i krwią, pokazana jest ta druga część olśniewającego, wiktoriańskiego Londynu, czyli slumsy, świat prostytucji i skrajnej biedy. Taboo rzuca swoje zaklęcie na widownię, kusząc, ale nie doprowadzając do przesytu – ciągle zostawia nas w niepewności.

Na uwagę zasługuje scenariusz w wykonaniu Toma Hardy’ego, jego ojca Chipsa Hardy’ego, a także odpowiedzialnego za Peaky Blinders Stevena Knighta. Dialogi są absolutnie intrygujące i potrafią mrozić krew w żyłach, szczególnie gdy wypowiada je z charakterystyczną chrypką sam Hardy. Scenariusz z premedytacją pozostawia wiele tajemnic Jamesa i jego przeszłości niedopowiedzianych, pozostawiając wiele kwestii w mroku. Bardzo dobrze – widz pozostaje zaintrygowany i ucieka się do rozwiązań własnej wyobraźni w duchu postmodernistycznych niedopowiedzeń i otwartych zakończeń. Świat Tabu zamieszkują postaci tak barwnie napisane, że nie sposób oderwać od nich oczu. Oprócz wspomnianego już Toma Hardy’ego, na którego niesamowity kunszt aktorski brak już słów, jest też Jonathan Pryce, Oona Chaplin jako przyrodnia siostra Jamesa, Jessie Buckley, która pokazała już swój talent w Wojnie i pokoju, znany z House of Cards Michael Kelly, a także brawurowy Tom Hollander w roli ekscentrycznego chemika Cholmondeley’a. Sieć relacji między postaciami jest szalenie dynamiczna i zmienia się z odcinka na odcinek. Miłość Jamesa i jego przyrodniej siostry Zilphy jest wieloznaczna i kontrowersyjna. Każda postać zagłębia się w niebezpieczny labirynt knowań Jamesa, przez co wszyscy ryzykują bardzo dużo.

Wisienką na torcie jest oprawa wizualna serialu. Kostiumy, zdjęcia Marka Pattena czy mroczna muzyka Maxa Richtera, autora muzyki do świetnego Black Mirror, dodają całości elektryzującej, krwawej elegancji. Technicznie serial został dopracowany jak filmowe cacuszko, roztaczając wokół siebie aurę, której nie sposób się oprzeć. Serial łączy w sobie horror, thriller, dramat i o wiele więcej. Wystarczy pozwolić sobie zagłębić się w jego nieodgadniony świat.

Tabu to ambitna produkcja odważnie poruszająca ważne tematy społeczne i kulturalne, ale to także świetnie zrealizowany serial, który zasługuje na ogromne wyróżnienie. Mrocznie, intrygująco i z klasą – czyli tak, jak powinno być. Doskonała uczta serialowa.

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus