"Mroczna wieża" - recenzja filmu

Dobrze, że są dobrzy aktorzy

Na Mroczną wieżę wybierałam się jako “widz nieświadomy” - Kinga nie lubię, więc powieści, którą tu adaptowano, po prostu nie czytałam, nie miałam więc problemu z “szarganiem świętości”. Mając jednak świadomość, że najwyraźniej twórcy spróbują upchnąć w półtoragodzinnym filmie fabułę kilku książek, nie miałam zbyt wielkich wymagań: chciałam obejrzeć fajny pokaz aktorstwa McConaugheya i Elby i przy okazji się nie zanudzić. Prawie się udało.

Fabularnie dostajemy nie do końca sztampową historię o “wybrańcu”: młody Jake boryka się z koszmarami, w których realność wierzy. Jego matka stara się wyprowadzić go na prostą - terapią, ojczym ma go dość. Pewnego dnia Jake ma wyjechać na weekend do specjalistycznej kliniki, ale pracownicy placówki okazują się być istotami z jego koszmarów. Chłopak ucieka, znajduje portal do innego świata i przenosi się do krainy, w której odnajduje Rolanda, Rewolwerowca, którego jedynym celem jest zemsta na Człowieku w Czerni - czarnoksiężniku, który chce zniszczyć tytułową wieżę, chroniącą wszechświat przed wtargnięciem zła.

Ok, brzmi jak generyczna historia o ratowaniu świata - i w większości tym właśnie jest. Nie uświadczymy tu fabularnych fajerwerków, a zaskoczeń nie ma wiele. Mroczna wieża to typowa produkcja dla młodzieży, zwłaszcza że skupiony jest na postaci Jake’a: młody bohater z niezwykłą mocą może uratować świat i aby to zrobić, musi trafić na odpowiedniego mentora. Co jednak ciekawe - historia ma wyraźny potencjał i po seansie nie można oprzeć się wrażeniu, że gdyby film miał przynajmniej dwie części, to wiele by zyskał na tym polu.

Ale o co chodzi?

Warto też wspomnieć o uniwersum, w którym rozgrywa się akcja: w świecie, w którym działa Człowiek w Czerni, widać interesujące połączenie magii i technologii, jakby zdolności głównego złego rozwinęły się w świecie, w którym cywilizacja upadła, a on wykorzystuje najlepsze elementy obu. Ale - niestety - twórcy polegli i na tym polu. Mogli tu zaserwować widzom naprawdę interesującą opowieść i zaprezentować przyczyny takiego stanu rzeczy, ale nie zrobili dokładnie nic. Widz obserwuje i oznaki magii (jak manipulacja umysłami), i wysoce rozwiniętą technikę, ale nie dostaje żadnej podpowiedzi na temat tego, skąd to wszystko mogło się wziąć. Zawieszony w próżni - jest po prostu zagubiony i ten aspekt filmu działa już na niekorzyść całości.

Ci aktorzy!

Jednocześnie, obok niezbyt dobrze napisanej fabuły, Mroczna wieża serwuje widzom naprawdę doskonały wybór aktorów. Idris Elba jako zgorzkniały Roland tworzy wiarygodną postać (a poza tym to przecież Idris Elba - on zawsze jest doskonale klimatyczny), młodziutki Tom Taylor zaś bardzo pozytywnie zaskakuje w roli Jake’a - zagrał bardzo dobrze i trudno byłoby zarzucić mu jakieś warsztatowe potknięcia. Świetnie spisała się też Katheryn Winnick w roli matki Jake’a. Nie była na ekranie za często, ale jej występ zapadł w pamięć. Film zaś skradł Matthew McConaughey grający Waltera, Człowieka w Czerni - groźnego, sadystycznego, a przy tym bardzo logicznie działającego antagonistęz bardzo drapieżnym rysem. Jeśli coś ratuje Mroczną wieżę przed mianem filmu miałkiego i do zapomnienia, to właśnie aktorzy (może poza Franem Krazem, którego rólka była totalnie do niczego).

Podsumowując - dzięki aktorom dostaliśmy tu ładnego wizualnie średniaka. Gdyby nie dobre kreacje, film byłby po prostu słaby. Za dużo tu skrótów, niedopowiedzeń, nielogiczności i sztampy. Pozostaje mieć nadzieję, że zapowiadany od jakiegoś czasu serial na podstawie cyklu Stephena Kinga będzie lepszy - chociażby dlatego, że w 10-13 epizodach, o których mowa w newsach, scenarzyści będą mieli przestrzeń na opowiedzenie składnej historii.

Korekta: Mateusz Michałek



blog comments powered by Disqus