"LEGO Batman: Film" - recenzja animacji

Tygiel dobrej zabawy, czyli Nietoperz wstrząśnięty i zmieszany

Wiele ważnych recenzji zaczyna się od tytułu, a następnie płynnie przechodzi we właściwą treść... Gdy w 2014 roku na ekranach kin pojawiła się LEGO Przygoda, stała się momentalnie kasowym hitem, uwielbianym przez wielu. Ważnym powodem tego sukcesu była jedna z postaci drugoplanowych, samozwańczy lider bojowej drużyny. Był on tak niesamowity i fantastyczny, że jeszcze tego samego roku ludzie z Warner Bros. postanowili poświęcić mu osobny spin-off – po trzech latach nadszedł więc LEGO Batman: Film. Wyraźnie nadrzędny wobec poprzednika, bowiem poświęcony w całości... mnie! Bo jestem Batmanem!

Żebyście mogli mniej więcej zorientować się, drodzy Czytelnicy, czego się spodziewać po filmie, wspomnę raz jeszcze, że znajdziecie tu duże ilości mnie, czyli najlepszego bohatera wspomnianej już produkcji z 2014 roku, a zarazem kluczowego herosa z całego DC Comics. Jednakże niektórzy z Was na pewno chcieliby poznać choć trochę fabułę, dlatego już informuję – po raz kolejny Joker próbuje zrealizować swój plan opanowania Gotham City, a ja ponownie, w charakterystycznym dla mnie epickim stylu psuję szyki klaunowi i jego licznej ekipie. Joker w trakcie potyczki nazwie siebie moim arcywrogiem – czemu stanowczo protestuję – i postanowi wręcz obsesyjnie „uświadomić” mi, że to właśnie „Błazeński Książę Zbrodni” (hehehe, bez kitu, ale obciachowa ksywka!) jest moim nemezis. Choć przyznaję, że efekty jego chytrego planu w końcu odwiodą mnie od działania w pojedynkę i spróbuję zmierzyć się z nim wespół w zespół...

Jednym z wielu plusów tego filmu jest niesamowite wręcz zgromadzenie mniej lub bardziej oczywistych nawiązań do różnych inkarnacji mojej postaci. Scenarzyści filmu postanowili zachować się niejako podobnie jak Grant Morrison podczas pracy nad komiksami o mnie i  połączyli najróżniejsze bat-filmy, bat-seriale i bat-kreskówki w jedno wielkie, istniejące od 78 lat uniwersum, rodem ze zwariowanego tygla. Przeróżne easter eggi wypełniają więc cały film po brzegi i zaręczam Wam, drodzy Bat-Fani, że jeśli lubujecie się w poszukiwaniach tego typu smaczków, będziecie po prostu wniebowzięci! Nie brakuje tu nawiązań do filmów: Burtona, Schumachera, Nolana i Snydera, a także do słynnego serialu z Adamem Westem (BAM! A jakże!), kreskówek oraz komiksów. Zwróćcie uwagę choćby na ten szeroki wachlarz złoczyńców, których obijam samodzielnie. Intertekstualnych odniesień jest tak wiele, że nawet mnie nie udało się ich wszystkich odszukać, choć jestem Batmanem i widziałem już ten film na polskiej przedpremierze dwukrotnie! Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że znaczna część tych easter eggów może być zbyt hermetyczna, przez co najmłodsi widzowie i osoby zupełnie niezaznajomione z moim batmanowym światem mogą te skarby przegapić, niemniej jednak jest to dla nich okazja do zainteresowania się tymi nawiązaniami i lepszego wsiąknięcia w moje życie – może poprzez poznanie serialu z Adamem Westem lub odkrycie jakiejś nowej, nieznanej dotąd kreskówki. Ufam zatem, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Kluczową stroną produkcji o mnie jest też humor. Wiadomo, miało być zabawnie, żeby podobało się zarówno dzieciakom, jak i osobom starszym – podobnie jak przy LEGO Przygodzie, a może nawet lepiej. I uważam, że Chris McKay, reżyser mojego filmu, wykonał to zadanie celująco! Razem z Chrisem postanowiliśmy, że poironizujemy i pośmiejemy się z mojej osoby, z bardzo specyficznej relacji łączącej mnie z Jokerem czy mojej rzekomej skłonności do autonarracji. To wszystko po to, byście mogli dobrze się bawić oraz zobaczyć, że mam sporo dystansu do siebie. W tym miejscu, chcąc być uczciwym odbiorcą, przyznam znowu małe zastrzeżenie LEGO Batmanowi: Filmowi – a mianowicie takie, że czasami widzowie będą tak mocno zbombardowani żartami, że podczas śmiania się mogą oni przegapić kolejny dowcip lub ukrytego easter egga. Tym niemniej, to chyba dobrze, że nie brak tutaj dobrej zabawy, prawda?

Humor jest nieco zrównoważony przez pewne elementy fabularne. Chcieliśmy pokazać, że nawet taki egocentryczny i bucowaty heros jak ja (to tylko kreacja aktorska, tak naprawdę jestem idealny) może przeżyć katharsis i ulec przemianie oraz nauczyć się współpracy, a przede wszystkim – uspokoić wewnętrzny strach i przestać się bać samotności (oraz wężoklaunów). Zatem emocjonalni widzowie dostaną też dawkę wzruszających momentów – dla każdego coś dobrego. Przy okazji zaznaczę, że zwiastuny filmu nie odkryły przed widzami wszystkich kart – zostało jeszcze sporo niespodzianek.

Last but not least – muzyka i oprawa wizualna. Ścieżka dźwiękowa to mix udanych utworów instrumentalnych, które skomponował Lorne Balfe, oraz kapitalnych piosenek. Jest tego tak wiele, że zostawiliśmy coś i na napisy końcowe – warto posłuchać. Może i nie ma tutaj Everything Is Awesome (przynajmniej nie jawnie), ale za to jest na przykład kolejny tłusty bit ode mnie, który towarzyszy mojemu ratowaniu Gotham. A jeśli chodzi o warstwę wizualną – powiem krótko - jest kolorowo i fantastycznie, spore wrażenie zrobiła na mnie chociażby scena pokazująca lecący samolot skąpany w chmurach (oszałamiająca grafika!).

Wbrew obawom jakie mogą rodzić się w głowach potencjalnej publiczności, jestem całkiem zadowolony z polskiego dubbingu i uważam, że aktorzy stanęli na wysokości zadania. Pan Krzysztof Banaszyk – użyczający głosu mojej osobie – odwalił kawał dobrej roboty. Podobnie udanie wypadła reszta głównej kadry: Ewa Prus jako Barbara Gordon, Józef Pawłowski jako Robin, Waldemar Barwiński grający Jokera (no, może Pan Waldemar mógł być trochę bardziej crazy w głosie jako Joker) czy też Marek Barbasiewicz jako mój wierny lokaj Alfred. Intertekstualną ciekawostką niech będzie fakt, że Pan Marek niegdyś użyczył swego głosu Skazie w polskiej wersji Króla Lwa. Natomiast w oryginale zrobił to Jeremy Irons, który w zeszłym roku zagrał w filmie Batman v Superman: Świt sprawiedliwości... także Alfreda! Co za interesująca bat-ciekawostka. Pragnę przy tej okazji uspokoić zagorzałych miłośników seansów kinowych w oryginale, że będzie można mój film obejrzeć także w wersji z polskimi napisami. Dodam ponadto, że najznakomitsze doznania będą czekać widzów IMAX-ów – pojemna sala i olbrzymi ekran oraz doskonały dźwięk to wprost idealne kinowe przeżycie, które pozwoli jeszcze lepiej cieszyć się z filmu o Batmanie (oraz każdego innego).

Jeśli miałbym wystawić filmowi jakąś ocenę, to – chcąc być obiektywny – ograniczyłbym się do 11/10 i serduszka. Wprawdzie wykracza to poza strukturę systemu ocen, ale po prostu nie mogę wystawić niższej noty. LEGO Batman: Film to bowiem 100-minutowy wizualny i fabularny majstersztyk pełen akcji, świetnego humoru i genialnych easter-eggów. Jest przepiękną laurką dla Mrocznego Rycerza, a zarazem doskonałym i kompletnym filmem o Batmanie, którego poziom będzie ciężko przebić. I z całego serca polecam seans, szczególnie – choć nie wyłącznie – miłośnikom Mściciela z Gotham. Ci będą wprost wniebowzięci. Trzymam mocno kciuki za sequel...
 
Każda dobra recenzja kończy się podsumowaniem i oceną. Po nich zaś następuje koniec strony www, na której się ona znajduje. Nie zwlekaj dłużej, drogi Czytelniku, i pędź do kina na mój film. Będziesz dobrze się na nim bawić. PONIEWAŻ JESTEM BATMANEM!

Korekta: Marta Kononienko

LEGO BATMAN (I GILDIA) POLECA


blog comments powered by Disqus