Recenzja filmu "Jeździec znikąd"

Odgrzewane kotlety kojarzą się nie najlepiej – w końcu kto lubi dojadać wczorajszy obiad? – ale podane w odpowiedniej oprawie i ze świeżymi dodatkami mogą zadowolić większość obecnych na posiłku. Jeździec znikąd to podobny przypadek – niby historia nakręcona już wiele razy, niby western już się przejadł, ale jednak jest w tym filmie sporo naprawdę pociągających rzeczy.

Poznajcie Johna Reida – młodego, pełnego ideałów prokuratora, który po 9 latach studiów wraca do rodzinnego miasteczka, w którym powstaje transkontynentalna linia kolejowa. Tam jego brat, Dan, stara się zaprowadzić porządek jako Texas Ranger. Już w drodze do domu młodego Reida czeka kilka niespodzianek – jak choćby napad bandytów, przypadkowe uratowanie groźnego kanibala od pewnej śmierci, skucie jednym łańcuchem z pomylonym Indianinem oraz… kraksa pociągu. A to dopiero początek historii… Po wpadnięciu w zasadzkę, John przeżywa dzięki Indianinowi Tonto. Wyrusza z nim i z pewnym bardzo dziwnym koniem, aby pomścić – w majestacie prawa – śmierć brata.

Jeździec Znikąd – czyli oryginalnie Lone Ranger – to amerykański bohater popkultury. Pierwszy raz pojawił się w 1933 roku w słuchowisku radiowym, by zawładnąć sercami młodszych i starszych słuchaczy. W towarzystwie lekko pomylonego Tonto (którego imię oznacza po hiszpańsku „oszukać”) oraz nie tak lekko stukniętych koni Silvera i Scouta przemierzali Dziki Zachód, żeby walczyć z niesprawiedliwością. Zyskali taką popularność, że powstała nawet seria książek i komiksów na kanwie ich przygód, ostatecznie także serial. Teraz Disney pokusił się o wskrzeszenie bohatera – który Amerykanom kojarzy się równie pozytywnie, co nam Janosik.

W ekranizacji Verbinskiego akcja toczy się tak szybko, że czasem aż trudno nadążyć. Pościgi, strzelaniny, masakry i pociągi – dużo pociągów. John Reid początkowo działa z ramienia firmy kolejowej. Dopiero później zamienia się w zamaskowanego mściciela na białym rumaku. Jednocześnie przechodzi metamorfozę – z pełnego ideałów, wręcz śmiesznego w swoich przekonaniach młodzika zmienia się w silnego moralnie, ale doświadczonego stróża sprawiedliwości.

Reid jest dość standardową postacią. W nieskazitelnie białym kapeluszu, czystym płaszczu, na srebrzystym rumaku przemierza prerię z silnym postanowieniem nie zabijania nikogo – nawet tych najgorszych. Tonto to już inna bajka. Grany przez Deppa – jak zwykle świetnie – Indianin, kryjący pod dziwacznym strojem i zabawnym zachowaniem skomplikowaną przeszłość, jest praktycznie najważniejszym nośnikiem fabuły. Napędza akcję, podejmuje za głównego bohatera decyzje, kiedy ten nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Jest też narratorem całej historii. Jego szalone, bezprecedensowe wyczyny mogą być clue całego filmu. No i nie zapominajmy o koniu – Silver z pewnością stanie się ulubieńcem wielu widzów. Jednak z tym koniem jest coś bardzo nie tak… bo jaki kopytny zwierzak znienacka odnajduje się na dachu płonącej stodoły?

Trzeba zaznaczyć, że gra aktorska jest naprawdę niezła. Depp przyzwyczaił już nas do swoich specyficznych kreacji – więc postać Tonto nie dziwi, jakkolwiek świetnie bawi. Drugoplanowa rola Heleny Bonham Carter jako burdelmamy Rudej też zasługuje na wspomnienie – pojawiła się na ekranie zaledwie na kilka chwil, ale zrobiła to w wielkim stylu. William Fitchner w roli czarnego charakteru, Butcha Cavendisha, sprawdził się idealnie: jest odrażający, zły do szpiku kości i wystarczająco inteligentny, żeby zagrozić protagonistom. Nawet niezbyt lubiana Ruth Wilson zagrała bardzo dobrze. Widać rola słomianej wdowy pasowała jej idealnie. Jedynym słabym punktem w plejadzie aktorów jest, paradoksalnie, Armie Hammer, czyli tytułowy Johnny Reid. Nie rozwlekając się, jest po prostu denerwujący. Jego uroda, kojarząca się z nieskazitelnymi aktorami z lat 60., lekko sztywne dialogi, nieprzekonująca gra szkodzą filmowi. Dobrze, że pozostali odtwórcy są lepi – Hammer razi, ale nie przeszkadza tak bardzo.

Nieco inną sprawą jest fabuła. Wygląda na to, że twórcy starali się zmieścić w 150 minutach nieco za dużo akcji. Wspomniane pociągi dominują na ekranie – początkowe sekwencje napadu na pociąg, potem kraksa, w której w brawurowy sposób uczestniczą Tonto i Reid, później zaś widowiskowy pościg, a nawet wyścig parowych gigantów… To może być nieco za dużo. Na szczęście konwencja filmu pozwala widzowi przyjąć całość bez większych zgryzów: całość okazuje się być opowieścią – prawdziwą lub nie – Indianina, pracującego w wesołym miasteczku niedługo po wojnie.

Nie można nie wspomnieć o zdjęciach i muzyce - dobrane są idealnie. Muzyka, podobnie jak w Piratach, świetnie podkreśla akcję w filmie, a End Credits jest naprawdę ciekawy (w końcu soundtrack przygotowywał Hans Zimmer). Zdjęcia są dopracowane, widać, że operatorzy i reżyser włożyli w nie masę pracy. Tu wielki plus! Tu też poświęćmy chwilę „drugiemu dnu”  widać wyraźnie, że scenarzyści chcieli zwrócić uwagę na problem historii USA i traktowania rdzennych Amerykanów – Indian – przez białych osadników. Najpoważniejszymi oraz najbardziej poruszającymi scenami filmu są w gruncie rzeczy te, które pokazują masakrę Komanczów przy kopalni srebra. Warto zwrócić na to uwagę.

Kilka lat temu świetnie udała się próba przywrócenia na ekrany kina pirackiego – Piraci z Karaibów, jak sami wiemy, weszli na stałe do kanonu najpopularniejszych filmów. Gwiazdorska obsada, świetny, pełen akcji scenariusz oraz dopracowanie oprawy wizualnej i muzycznej zagwarantowały obrazowi sukces, a także pozytywnie przypomniały widzom takie przeboje ekranu jak Szkarłatny Pirat czy Wyspa Skarbów. Wygląda na to, że Jeździec Znikąd, jakkolwiek jest ciekawym i zabawnym westernem, nie powtórzy sukcesu poprzednika. Niemniej – widz, który nie oczekuje ambitnego kina w stylu The Kings’ Speech, nie zawiedzie się ani odrobinę i mimo wielu momentów „o co tu kurna chodzi?”, będzie bawił się świetnie. Sporo sekwencji humorystycznych, masa akcji, świetne efekty specjalne – czego chcieć więcej? Jeździec Znikąd jest świetną propozycją na wakacje – idealna, świetnie zrealizowana rozrywka na upalne dni.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus