"Siedmiu wspaniałych" - recenzja filmu

Autor: osti

Czarny, żółty, czerwony i biały

Granica między składaniem hołdu klasykowi a bezczelnym żerowaniem na zasłużonym tytule jest bardzo, ale to bardzo cienka. A Siedmiu wspaniałych z 1960 roku to nie byle jaki klasyk – to kawał historii i prawdziwa legenda kina.

Gwoli szybkiego wprowadzenia – wszystko zaczęło się w 1954 roku za sprawą Akiry Kurosawy i jego Siedmiu samurajów. Amerykanie już wtedy lubili przerabiać kino na swoją modłę, więc dość szybko zamienili katany na colty i winchestery. Tak powstał kultowy western Johna Sturgesa, który m.in. dzięki wspaniałej (nomen omen) obsadzie i nieśmiertelnej ścieżce dźwiękowej złotymi zgłoskami zapisał się w historii Hollywood.

Czasy mocno się zmieniły – pozycję westernu w kinie amerykańskim zajęły adaptacje komiksów, a zamiast bawić się w Indian i kowbojów, dzieci siedzą na kanapach, wcielając się w wirtualnych Batmanów i Spidermanów. Wspominam o tym nieprzypadkowo – oglądając Siedmiu wspaniałych czułem się bardzo podobnie jak na seansie o jednej z przygód Avengersów. Z tą tylko różnicą, że perypetie rewolwerowców na Dzikim Zachodzie dały mi znacznie więcej frajdy!

Podobnie jak w przypadku zasłużonych poprzedników, fabuła Siedmiu wspaniałych jest jedynie pretekstowa i opowiada o grupie zaprawionych w bojach wojaków, którzy zostają wynajęci do ochrony biednych i uciśnionych wieśniaków. Mimo ogólnej prostoty, różnic względem oryginału znajdzie się całkiem sporo. Przede wszystkim tytułowi bohaterowie nie stanowią już do końca jednolitej grupy. Czoła wrednym oprychom stawią teraz m.in. czarnoskóry, Azjata, Meksykanin, Indianin i kobieta. Na szczególną uwagę zasługuje ta ostatnia postać, gdyż jej rola sprowadza się nie tylko do prezentowania dekoltu – grana przez Haley Bennett rudowłosa niewiasta sama chwyta za broń i kładzie kilku bandziorów trupem.

Oczywiście wielu będzie utyskiwało na tę polityczną poprawność współczesnej wersji klasyka, ale niesie ona ze sobą kilka niezaprzeczalnych zalet. Antoine Fuqua poskąpił widzom przedstawiania głębszych rysów poszczególnych postaci. Dzięki „zastosowaniu” bohaterów wywodzących się z diametralnie różnych grup społecznych, bez żadnego wprowadzenia można ze zrozumieniem obserwować liczne antagonizmy między nimi. Rozwiązywanie problemów wewnętrznych ekipy sprawia przy okazji, że płaskie w gruncie rzeczy postaci wydają się bardziej zagmatwane i charyzmatyczne.

Nie da się ukryć, że obraz ma kilka słabych momentów. Początek jest dość niemrawy, główny schwarzcharakter (Peter Sarsgaard) jest moim zdaniem nieco przerysowany, a scena, w której poznajemy postać graną przez Denzela Washingtona, zalatuje mocno kalką z Django. Osobiście wolałbym też bliżej poznać przeszłość głównych bohaterów, zamiast oglądać dość długą sekwencję przygotowań do ostatecznej bitwy. Pozytywnym zaskoczeniem jest jednak to, że film, składający się praktycznie z samych strzelanin, ogląda się tak dobrze – nie mając przy tym uczucia znużenia wszechobecną przemocą i nieustanną kanonadą z broni palnej.

Główna w tym zasługa tytułowych bohaterów, którzy nie są może zaraz wspaniali, ale przynajmniej świetni. Nie da się w zasadzie wskazać najsłabszego ogniwa w tym zestawieniu: Chris Pratt czaruje zawadiacką charyzmą, Denzel Washington to po prostu Denzel Washington (kreowanych przez niego postaci nie da się chyba nie lubić), a tak zwariowanego Vincenta D'Onofrio nie znajdziecie w żadnym innym filmie. Do tego dołożyć należy: skonfliktowanego wewnętrznie Ethana Hawke’a, tajemniczego Byung-huna Lee, szyjącego z łuku jak z karabinu Martina Sensmeiera oraz, last but not least, Manuela Garcię-Rulfo, który świetnie łączy twardziela z wesołkiem.

Obraz przyzwoicie prezentuje się od strony technicznej, mimo iż parę razy ładne ujęcia rujnowane są przez rażące sztucznością komputerowe efekty specjalne. Prawdziwą perełką jest natomiast ścieżka dźwiękowa, przy której maczał palce m.in. zmarły rok temu James Horner. Wykorzystano oczywiście także kultowe motywy znane z oryginału. Każdy fan muzyki filmowej na pewno przesiedzi w kinie napisy końcowe, rozkoszując się dźwiękami wydobywającymi się z głośników!

Ostatecznie nowa wersja Siedmiu wspaniałych znajduje się na bardzo krótkiej liście remake’ów, które nie szargają pamięci kultowych klasyków. Nie jest to wprawdzie obraz, który będzie wspominany po latach jako kanon gatunku, tym bardziej, że w westernie powiedziano już chyba wszystko. Na pewno jednak warto go zobaczyć. Pozycja absolutnie obowiązkowa dla sympatyków przepełnionych testosteronem bohaterów, którzy w wyścigu o najbardziej kreatywne zabójstwo przerzucają się ciętymi ripostami!

Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus