"Transformers: Ostatni Rycerz" – recenzja filmu

Autor: osti

Wchodzi Megatron do baru...

transformers ostatni rycerz recenzjaIdąc do kina na kolejną część Transformersów, wiedziałem dobrze jakie oceny film zbiera w mediach. Zwykle tego nie robię, ale pozwoliłem sobie na zapoznanie się z kilkoma negatywnymi opiniami i po obejrzeniu Ostatniego Rycerza zastanawiam się, co niektórzy recenzenci mają w głowie.

No bo spójrzmy na to chłodnym okiem. Michael Bay – znany z produkcji efektownych, przepełnionych akcją, wybuchami, pościgami i generalnie niezbyt wymagających intelektualnie – kręci PIĄTĄ CZĘŚĆ cyklu, opowiadającego o ROBOTACH Z KOSMOSU. Całość opiera się zresztą o serię zabawek i bajek dla małych chłopców. I teraz Pani/Pan Redaktor głosi wszem wobec, że mamy do czynienia z filmem wybitnie wręcz słabym, bo przecież scenariusz nie ma sensu...

Już pomijam fakt, że często te same osoby wychwalają pod niebiosa ÓSMĄ CZĘŚĆ Szybkich i wściekłych (gdzie pomarańczowe Lamborghini śmiga po lodzie między torpedami wystrzelonymi przez łódź podwodną), za to, że taka wspaniale niezobowiązująca rozrywka. Ci sami znawcy tematu wychwalają nieskończone nowatorstwo Wonder Woman, mimo iż to tak naprawdę Kapitan Ameryka w spódnicy (i zamieniono wojny)... Nie mówię, że najnowszy obraz Michaela Baya to film rewelacyjny, ale z całą pewnością został mocno skrzywdzony przez krytyków.

 transformers last knight recenzja

W końcu hollywoodzkie blockbustery z założenia są produkcjami, które mają spodobać się zarówno nastolatkom jak i styranym życiem dziadom, chcącym nieco zrelaksować się po pracy. Ma być dynamicznie, łatwo do zrozumienia (względnie tego zrozumienia w ogóle nie wymagać) i efektownie. Wystawianie takiemu filmowi oceny 1/10 tylko dlatego, że spełnia swoją robotę, to jak krytykowanie roweru za brak możliwości latania.

Ponarzekałem sobie trochę na kolegów po fachu, chyba czas najwyższy wypowiedzieć się nieco więcej w temacie samego filmu. Michael Bay zebrał na planie prawdziwie wybuchową ekipę: z poprzednich części pamiętamy oczywiście Marka Wahlberga, Johna Turturro oraz Josha Duhamela, którzy raczej odklepali swoje role niż faktycznie je zagrali. Znacznie lepiej wypadli natomiast „debiutanci”: lekko stuknięty Anthony Hopkins oraz Laura Haddock (chociaż ona miała raczej po prostu dobrze wyglądać i mówić z brytyjskim akcentem). O atak śmiechu przyprawił mnie Stanley Tucci jako wiecznie nietrzeźwy Merlin.

Prawdziwą petardą są oczywiście głosy tytułowych robotów. Optimus Prime to nie kto inny jak  Peter Cullen, którego przemowy dosłownie wywołują ciarki na plecach – co zresztą zauważa jeden z bohaterów. Reszta Transformersów „ugłosowiona” została przez same gwiazdy: John Goodman, Omar Sy, Steve Buscemi, Ken Watanabe czy Jim Carter zostali dobrani absolutnie bezbłędnie.

 transformers recenzja

Sam scenariusz, jak przystało na piątą część serii o robotach z kosmosu, jest bardzo naciągany i stanowi jedynie pretekst, żeby pokazać widzom więcej efektów i epickich wydarzeń. A mamy tutaj dosłownie wszystko. Otwierająca film średniowieczna bitwa bardzo chce wyglądać jak początek Gladiatora, tyle że przewija nam się tu przed oczami Król Artur wraz z kolegami oraz wielki smok – robot z trzema głowami. Później spadają z nieba kosmici i generalnie wszystko wygląda jak Armageddon.

Nasi bohaterowie niczym Connor w Terminator: Genisys podejmują partyzancką walkę z robotami, a kiedy już muszą uciekać, to robią to w najlepszym stylu. Michael Bay ma naprawdę genialne oko do pościgów. Tym razem naprawdę dorównał wyczynom z Twierdzy i Bad Boys II. Jego specjalnością są oczywiście strzelaniny i wybuchy, przy czym dodatkowe doświadczenie w tym temacie zdobył kręcąc swój własny Helikopter w ogniu – mowa o zeszłorocznym 13 godzin.

Najnowsza część Transformersów przebija epickością chyba wszystko co widzieliśmy do tej pory w kinie. Samoloty ścierają się w powietrzu ze statkami kosmicznymi jak w Dniu Niepodległości, do Ziemi cumuje planeta Cybertron, żeby wyssać naszą energię (jak baza Starkiller z Przebudzenia Mocy). Jest nawet miejsce na zwiedzanie statku kosmicznego, leżącego na dnie oceanu (starusieńka Kula się przypomina).

 transformers 5 recenzja

Całość okraszona jest towarzyszącym serii od samego początku charakterystycznym poczuciem humoru. Większość Transformersów została stworzona tak, aby widza zabawić – jak chociażby Cogman, który jest mechanicznym połączeniem Alfreda Pennywortha z agentem 007. Yeager i Vivian niczym w Skarbie Narodów rozwiązują zagadki z przeszłości. Mógłbym też przysiąc, że w jednej ze scen Mark Wahlberg wystrojony jest prawie jak Indiana Jones (tyle że bez bicza i kapelusza).

Nie ma chyba sensu spierać się z faktem, że formuła Transformesów już się wypaliła. Podobnie jest przecież z Piratami z Karaibów, serią Szybcy i wściekli czy superbohaterami Marvela. Jednak nikt (oprócz krytyków) nie ogląda tych produkcji w poszukiwaniu intelektualnych wyzwań albo odpowiedzi na wszystkie bardzo ważne życiowe pytania. Ostatni Rycerz, podobnie jak większość ukazujących się ostatnio blockbusterów po prostu sobie jest i w sumie równie dobrze możemy mu poświęcić te dwie godziny życia (z hakiem).

 Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus