"Wojna o Planetę Małp" - recenzja filmu

Kto jest bardziej ludzki? 

Uniwersum Planety Małp sporo osób zna z telewizji, w której podczas świąt czy po prostu w niedzielę emitowano którąś część filmu. Młodsi widzowie obecnie patrząc choćby na filmy z 1968, 1970 czy 1971 roku mogą nabijać się np. z wyglądu małp. Na szczęście od 2011 rozpoczęto produkcję trylogii wyjaśniającej wydarzenia sprzed Planety Małp (1968), a one przykują uwagę każdego.


Wojna o Planetę Małp jest prequelem Planety Małp sprzed prawie pięćdziesięciu lat. Kto zna ten drugi film, ten wie jak powinno zakończyć się zwieńczenie trylogii, które ukazało się w sierpniu w polskich kinach. Caesar rozwinął się, dorównując rozumem ludziom, małpy z Kobą na czele zbuntowały się, a teraz ostatecznie zdziesiątkowana chorobą ludzkość musi stanąć do walki z człekokształtnymi. Raczej wiadomo, kto wygra, jednak nie psuje to zabawy.


Pierwszy zwiastun, który się ukazał, przedstawiał mnóstwo akcji oraz niewiarygodnie widowiskową walkę małp z ludźmi. Twórcy tak pocięli film i złożyli w trailer, że można było sądzić, iż na małpy przypuszczą szturm helikoptery bojowe, a CKM będzie w nie pruł, by bronić bazę wojskową. Człekokształtni nie pozostają dłużni, wyważając drzwi, atakując, a także stojąc nad ciałami ludzi. Jest to ogromną manipulacją, ponieważ rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. Oczywista jest chęć wywołania zainteresowania wśród widzów, co na pewno udało się osiągnąć, bo szumu narobiono sporo, a każdy, kto choć trochę lubił ten świat, bez wątpienia zainteresował się filmem. Co jednak dzieje się na wielkim ekranie przez ponad dwie godziny?


Zgraja Ceasara porozumiewa się głównie na migi, dlatego w filmie jest o wiele więcej ciszy, aniżeli pokazywały zapowiedzi. Jest to dobra cisza, budująca klimat oraz sprzyjająca refleksji, a o to nie trudno. Matt Reeves chciał odpowiedzieć m.in. na pytanie: „Gdzie odbywa się wojna?”. Zdecydowanie dzieje się ona wewnątrz protagonistów, jak i adwersarzy. Każdy musi zmierzyć się z własnymi lękami, słabościami czy nienawiścią. Klimat buduje również gra cieniem.


Uczłowieczenie orangutanów, jak i goryli daje pole do popisu na tle emocjonalnym. Maurice jest tym mądrym, spokojnym, obdarzonym dobrym sercem. Rocket to raptus, potrafiący zawalczyć o swoje, jednak nie daleko mu do logicznego myślenia. Z przyjemnością obserwuje się całą gamę postaci. Najbardziej wyrazisty jest oczywiście Ceasar, a jego zmianę na przełomie trzech części śledzi się z zainteresowaniem.


Woody Harrelson wcielił się w rolę Pułkownika, mającego na celu zakończenie wielkiej wojny i pozbycie się lidera człekokształtnych. Dobrze odegrał silnego przywódcę, pełnego złości i desperacji, jednak brakuje mu „pazura”. Postać ta nie jest zbyt wyrazista i ginie w morzu bardziej włochatych bohaterów. Czasem melancholijny klimat znacznie ubarwia Steve Zahn, czyli Zła Małpa – wyróżniający się szympans, zdziwaczały i przede wszystkim zabawny. Wykorzystanie aktora, który swą rolą wywołuje uśmiech było dobrym pomysłem. Twórcy zadbali w ten sposób o emocjonalną równowagę i stworzyli film, który nie tonie w przemyśleniach i smutku.


Gra aktorska Andy’ego Serkisa jest znakomita. To, że Serkis wyniósł motion capture na inny poziom, jest bezdyskusyjne. Gollum jest jego opus magnum, jednak Caesara aktor zagrał równie dobrze. I oto mamy pierwszy punkt na liście rzeczy, które wywołują zachwyt podczas oglądania: małpy. Sposób poruszania się, gestykulacja i mimika. Wszystko wygląda bardzo dobrze, oddaje rzeczywistość i brakuje tylko, aby w tle czytała Krystyna Czubówna. Motion capture jest poziomie niesamowicie wiarygodne. Spadające ciała uderzają i turlają się realnie, co jest niezwykle ważne, ponieważ oglądając film ma się wrażenie, że historia jest bardziej rzeczywista i nie patrzy się na nią, jak na bajkę, która nigdy nie dojdzie do skutku, dzięki czemu bardziej można wczuć się w fabułę. Poziom technologii jest coraz lepszy, dlatego też wspominałem wcześniej o większej atrakcyjności wizualnej w porównaniu do filmów sprzed pięćdziesięciu lat. Oczywiście takie pozycje nie mogą stawać ze sobą w szranki, bo jest to zupełnie inna kategoria – jakby porównywano zapałkę z miotaczem ognia. Jednak należy podkreślić: mowa o zestawianiu dzieł w kategorii obrazu. O treści będzie później.


Ciekawie przedstawiono społeczność małp, a także reakcje poszczególnych jednostek na wydarzenia. W scenach grupowych każda z nich zachowuje się w nieco odmienny sposób. Nie ma tu „kopiuj, wklej”. W przypadku kilku głównych jednostek, na przedstawieniu których się skupiono, dochodzi do rozmów w języku migowym. Pojawiały się zastrzeżenia, że szympans miga do drugiego, gdy ten patrzy np. przez lornetkę, więc nie mógłby wiedzieć, co chce mu się przekazać, jednak człekokształtni porozumiewają się także za pomocą okrzyków, warknięć czy prychnięć, a ich ton już wiele mówi, więc sceny tego typu nie tracą na wiarygodności.


Trzeci plus – żołnierze. Już w trailerach widać wojownika z napisem „Monkey killer” na hełmie. Jest to dość popularne w armii, która zjednoczyła się, aby chronić swój gatunek przed jednym wielkim zagrożeniem. Tego typu haseł jest dużo, a obraźliwe nazywanie małp „kongami” podkreśla niechęć człowieka do człekokształtnych oraz chęć zabicia, by samemu przeżyć.

Wojna o Planetę Małp jest dobrym zwieńczeniem serii. Mimo, iż wiadomo, jakie będzie zakończenie, to Mark Bomback i Matt Reeves potrafili zaskoczyć. Przepiękne widoki, doskonała gra aktorska z wykorzystaniem motion capture oraz klimat zmuszający do refleksji, to najsilniejsze plusy tej produkcji. Nie jest to rozrywka dla fanów wybuchów i walk, choć tego też nie brakuje, bo najważniejsze jest ukazanie, że ludzie sami sobie są winni. Kto w tym konflikcie potrafi być bardziej ludzki, a kto jest zwierzęciem łaknącym przelewu krwi? 

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus