"Wonder Woman" - recenzja filmu

Czy na wojnie można spotkać cudowną kobietę?

Warner Bros i DC Comics od dawna próbowali nadrobić wielką przepaść, jaka dzieli ich filmowe uniwersum od tego, co prawie już dekadę tworzy Marvel. W ich obrazach widać było sporą determinację. W jednym filmie wykorzystywano po kilka postaci, których dobór zdawał się być nieco przypadkowy, a ich genezę i rozwój charakterów traktowano powierzchownie. Często były one ciekawe jedynie dla tych, którzy czytali komiksy, gdyż narracja była prowadzona trochę niedbale, a w historiach brakowało konsekwencji. Fala negatywnych recenzji krytyków i mało pochlebne głosy fanów mogły wkrótce zakończyć działalność dopiero rozwijającego się tzw. DC Extended Universe. Odsunięto jednak mężczyzn od kolejnego filmu, a… sprawy w swoje ręce wzięła płeć piękna. I tak Patty Jenkins zrobiła film o kobiecie.

Wonder Woman to czwarty film w filmowym uniwersum DC i pierwszy w tej dekadzie, stawiający na superbohaterkę, która jest przy tym głównym bohaterem. Wcześniej na przykład mieliśmy do czynienia z Catwoman czy Elektrą, jednak żadna z nich nie była postacią tak ikoniczną dla świata komiksów. Film dość wiernie przenosi najważniejsze elementy z komiksów o Wonder Woman. Opowiada historię Diany – księżniczki Amazonek wychowywanej na Temiskirze – rajskiej wyspie zamieszkałej tylko przez kobiety. Jej życie zostaje jednak wywrócone do góry nogami, kiedy w okolicy rozbija się samolot ze Stevem Trevorem, brytyjskim szpiegiem. Ten opowiada jej o okrucieństwach Wielkiej wojny, co skłania Dianę do działania. Chce ona zatrzymać ogromne zło, które może być przyczyną globalnego konfliktu.

Najpierw przyjrzyjmy się dwóm głównym aktorom. Zacznijmy od odtwórczyni tytułowej bohaterki – Gal Gadot. Gal w swoim debiutanckim filmie, Batman vs. Superman, miała na ekranie niewiele czasu. Zdołała jedynie zaintrygować widza i zapisać w pamięci fanów swój motyw muzyczny. Teraz jest inaczej, gdyż została główną bohaterką. Aktorka mimo że nie miała dotąd na swoim koncie jakichś doniosłych ról, a swoją karierę aktorską rozpoczęła wraz z modelingiem, to w tym obrazie pokazała światową klasę. Odkryła przed nami to, co w kobietach jest najbardziej podziwiane i najbardziej wyróżniające się i nie chodzi wcale o aspekty zewnętrzne, urodę czy seksapil. W każdej minucie filmu widać jej determinację, poświęcenie, miłość, wrażliwość i opiekuńczość. Zgodnie z nakreślonym profilem charakterologicznym postaci, Gadot przedstawia Wonder Woman jako kobietę młodą, dopiero poznającą świat (nowy, dotąd dla niej nieznany), przez co jest niekiedy naiwna i łatwowierna (dodatkowo podkreślono w ten sposób realizm postaci). Choć przyznaję, że czasami te jej słabości są zbyt długo eksponowane na ekranie. Odtwórczyni głównej roli dwa lata służyła w wojsku izraelskim, a wyniesione z niego doświadczenie świetnie sprawdza się w filmie. Wonder Woman często stawia opór na ugiętych nogach, walczy z lekkością i sieje spustoszenie w obozie wroga. Wszystko to jest niewiarygodnie płynne i naturalne, pozbawione jakiekolwiek sztuczności.

Teraz spójrzmy na Chrisa Pine’a, odgrywającego Steve’a Trevora. Aktor znany jest z wielkich blockbusterów, takich jak Star Trek. Z tego powodu został też zaszufladkowany i widzowie kojarzą go głównie jako kpt. Krika. Dotąd tak naprawdę nie trafił jeszcze na rolę życia. W tym filmie jego kreacja też nie jest czymś spektakularnym, tym niemniej jest świetnym dopełnieniem dla Wonder Woman. Odegrane przez Pine’a żarty są także naturalne. Patrząc na Steve’a Trevora, odnosi się wrażenie, że przez cały czas drzemie w nim dusza młodego pożeracza niewieścich serc. Znika ono jednak na froncie, gdzie walczy z wielkim poświęceniem, dokonując czynów heroicznych.

Pozostali aktorzy z mniejszym lub większym zaangażowaniem stworzyli wzorowe tło dla dalszej narracji. Dzięki wielu newsom wiadomo było, że to Ares będzie przeciwnikiem Wonder Woman. Nie było jednak wiadomo kiedy się pojawi i jak będzie wyglądał, dzięki czemu film nabiera nieco mrocznych, ale jednocześnie ciekawych barw. Pojawia się też element zaskoczenia, a z czasem najmniej oczekiwane staje się prawdą.

Fabuła osadzona w realiach I wojny światowej, swego czasu znanej jako Wielka wojna, jest ciekawa, a rzeczywistość komiksowa płynnie miesza się z mitologią i historią XX wieku. Tu możemy odetchnąć od wszechobecnej II wojny światowej, choć podkreślenie, że winny jest naród germański jest dość oczywiste. Zresztą tak jest prawie w każdym amerykańskim filmie. Zostaje wyśmiana też niemiecka żądza, by panować nad światem, co przejawia się m.in. w satyrycznie przedstawionych postaciach, czy nazwie łódki u wybrzeży rajskiej wyspy. Aktorzy odgrywający Niemców rozmawiają w języku angielskim z silnym akcentem. To drażni uszy, choć z drugiej strony też trochę śmieszy. Ostatecznie dodaje filmowi na siłę sztuczny realizm.

Ścieżka dźwiękowa została skomponowana przez Ruperta Gregsona-Williamsa. Dodaje ona jeszcze dynamiki do i tak już szybkiej akcji. Jeden z utworów w filmie pt. Action Reaction, będący połączeniem elektronicznych dźwięków i orkiestry, w którym słychać bębny, wspaniale podkreśla wojenną atmosferę i wydaje się rozwinięciem motywu muzycznego wojowniczej księżniczki.

I tak można powiedzieć, że pani reżyser uratowała filmowe Uniwersum DC. Kobiecym okiem wyeksponowała nowe tendencje w kinie superbohaterskim. Oglądając film, jeśli jest się widzem należącym do płci pięknej, można być dumnym, że wreszcie ukazano tak wspaniałą heroinę, o którą kinomani prosili już od dawna. Natomiast męski odbiorca, oglądając tak doniosłe czyny, może tylko żałować, że nie jest kobietą. Sam twórca księżniczki Diany – William Moulton Marston, mógłby być dumny z takiej recepcji komiksowej bohaterki.

Korekta: osti


blog comments powered by Disqus