Gildia szydery – gnębimy Kapitana Amerykę jak Zimowy żołnierz matkę Iron Mana


Gildia szydery – gnębimy Kapitana Amerykę jak Zimowy żołnierz matkę Iron Mana

 

Są takie filmy, które podobają się wszystkim. Fani chwalą je w komentarzach, krytycy wypisują tylko pozytywne recenzje, a średnia ocen oscyluje wokół 11/10. Gildia Szydery bierze te produkcje na tapetę i bezlitośnie wbija szpile, wyszukuje wady oraz krytykuje. Nie ważne czy film nam się podobał. Po prostu lubimy się czepiać. W pierwszej odsłonie naszego nowego cyklu będziemy pastwić się nad Kapitanem Ameryką: Wojną bohaterów.

 

 

Twórcy uraczyli nas w tym roku bratobójczymi walkami pomiędzy postaciami, które zazwyczaj stoją po tej samej stronie barykady. Przyniosło to ze sobą przykre konsekwencje dla dwóch największych blockbusterów. Superman pierze Batmana po masce tak, jakby chciał, a nie mógł, zaś Avengersi jeszcze w trakcie zadawania ciosów wymieniają się uprzejmościami i widzimy wyraźnie, że najchętniej wszyscy chwyciliby się za ręce i odśpiewali razem Kumbaya. Wystarczy, że jeden z bohaterów zrobił sobie kuku, a wszyscy w pokoju rozchodzą się do domów, niczym dzieci na placu zabaw, które przerywają zabawę, kiedy jedno skaleczy się w palec. Straszna wojna bohaterów okazała się bardziej wymianą kąśliwych uwag, a nie wielkim rozłamem w świecie superbohaterów.

 

Swoją drogą po raz kolejny filmowcy Marvela nie mieli jaj, żeby w końcu uśmiercić którąś z ważnych postaci. Jak tak dalej pójdzie, Avengersi będą zmuszeni do utworzenia jednostki emerytów z Tonym Starkiem na czele (Robertowi Downeyowi stuknął już 5 krzyżyk, „Junior” przy jego nazwisku zaczyna wyglądać dość głupio). Zamiast pozbywać się nadmiaru herosów, dostajemy kolejnych, wprowadzanych oczywiście w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że oto niedługo otrzymają oni własne filmy – sugerujemy jednak Spider-Man v Black Panther, aby oszczędzić widzom nieco czasu.

 

Kiepsko w tym roku stoją akcje czarnych charakterów. Ponieważ najsłabszy z Avengersów w bezpośrednim starciu rozsmarowałby Zemo na ścianie w przeciągu kilku sekund, twórcy musieli wyprać mózg biednemu Bucky’emu. Nadal jednak nikt nie chce zrobić mu faktycznej krzywdy, a zagłaskanie na śmierć nie wchodzi w rachubę. Pomogłaby może kołysanka autorstwa Hansa Zimmera, niestety cała kasa poszła na komputerowe efekty specjalne i nie starczyło już na porządnego kompozytora…

 

Paradoksalnie największą (dosłownie) atrakcją epickiego starcia bohaterów okazał się… Ant-Man. Sęk w tym, że twórcy wywalili z filmu postać Hulka tylko po to, aby rolę giganta przyjmującego na siebie obrażenia otrzymał bohater, którego najważniejszą zdolnością (najwyraźniej tylko teoretycznie) jest możliwość zmniejszania się do mikroskopijnych rozmiarów. Tylko ja uważam, że to trochę absurdalne?

Michał „Osti” Ostiak

 

 

Superbohaterski egoizm

 

Superbohaterów nie bardzo interesuje obecna sytuacja na arenie międzynarodowej, bo choć politycy próbują ich sprywatyzować, aby potem wepchnąć ich zgrabne tyłki w sztaby swoich kampanii wyborczych, to oni mają na głowie znacznie ważniejsze sprawy. Otóż stają w szranki o zdobycie chwiejnej emocjonalnie brunetki (to ta z metalowym uściskiem dłoni). Po jednej stronie mamy nafaszerowanego sterydami niebieskookiego blondyna o niezłomnych zasadach, po drugiej zaś twardego niczym stal zamożnego bruneta z chorobą sierocą. Sytuacja nieco się komplikuje, kiedy pojawia się czarny koń tych zawodów – dziki książę z obcego lądu. Trzem zmagającym się w pocie czoła kawalerom towarzyszą piękne okoliczności przyrody: latające ptaki, śmigające pająki i jedna pokraczna mrówka. Jak to przy silnych emocjach bywa, nikt z tej walki nie wyjdzie bez szwanku, ale czego nie robi się z miłości… Do siebie samego.

 

Niestety morał z tej historii jest taki: superbohaterowie to szalenie egoistyczne typki, kierujące się jedynie swoimi prywatnymi pobudkami (zemsta, poczucie wyobcowania, przerost ego itd..). No i nigdy nie wiadomo, kiedy zachce im się pobiegać dookoła lotniska, więc jeśli na kogoś można liczyć w przypadku apokalipsy, to chyba nadal tylko na siebie i na polskie Leopardy.

Kornelia Mielczarek

 

 

Marvel w stylu Modern Talking

 

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów jest jak piosenki Modern Talking – solidny, przyjemny i nikt nie zauważa różnicy pomiędzy nowym obrazem braci Russo, a pozostałymi produkcjami z serii Avengers (analogicznie jak z muzyką sławnego duetu). Twórcy obrazu powinni również pomyśleć o otwarciu punktu… ksero, ponieważ wykorzystują wszelkie znane schematy, beznamiętnie kopiują sprawdzone i wielokrotnie powielane wzorce. Pewnie część czytelników stwierdzi w tym momencie: „Michałek-Ty się nie znasz! Taka jest formuła”. Być może, ale po latach pamiętamy wyłącznie arcydzieła filmowych wizjonerów, które wytyczyły nowe standardy w kinie (tak jak Mroczny rycerz Nolana). Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów jest natomiast jedną z tych produkcji, której popularność będzie równie trwała, co abstynencja seksualna Charliego Sheena.

 

Ekranizacja braci Russo to film skierowany przede wszystkim do gimbazy uwielbiającej entuzjastyczny klimat obrazu. Dzieciaki kochają pojedynki przerywane wymianami sucharów (w Kapitanie bohaterowie częściej „walczą” na żarty), jednak po jakimś czasie odczuwamy przesyt. Na całej linii zawodzi scena na lotnisku, która swoją ckliwością, przelukrowaniem, schematycznością i szaloną ostrożnością może wywoływać mdłości. Superbohaterowie walczą ze sobą z równym zaangażowaniem i zawziętością, co troskliwe misie – niby dają sobie małe kuksańce (takie delikatne, bo w MCU bohaterowie nie umierają), ale nadal się kochają.

 

Przezabawnie wypada trójkącik: Iron Man, Kapitan i Zimowy żołnierz. Chłopaki wyraźnie mają się ku sobie, a szczególne relację łączą Starka i Bucky’ego, który zdążył się już zbliżyć do swoich przyszłych teściów. Problemem filmu braci Russo jest jednak przede wszystkim kiepski scenariusz, w którym wątek fabularny, podobnie jak postacie, jest szalenie naiwny i niedopracowany. Na uwagę zasługuje również wersja 3D, która ma w sobie tyle trójwymiaru, co TVP obiektywizmu.

 

Najgorsze jest jednak to, że Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów zawiódł mnie bardziej niż Batman v Superman. Po filmie braci Russo oczekiwaliśmy znacznie więcej, a zamiast tego otrzymaliśmy kino do bólu przewidywalne i ckliwe. Zack Snyder być może popsuł starcie kultowych herosów, ale jego obraz był chociaż odważny i „jakiś”, czego nie możemy powiedzieć o Kapitanie….

Mateusz Michałek

 

 

Avengers 2 3/4

 

Chociaż nie mam zbyt wielu zarzutów wobec Wojny bohaterów, to daleki jestem od entuzjazmu, jaki Peter Parker okazywał na widok naparzających się na lotnisku herosów. Film jest dobrze zrealizowany, bohaterowie ciekawi, historia w miarę wciągające, ale… No właśnie, musi być jakieś „ale”, bo inaczej ten tekst nie byłby częścią Gildii Szydery.

 

Po pierwsze: tempo i klimat. Wojna bohaterów sprawia wrażenie, jakby była trzema filmami upakowanymi w jeden. Najpierw podaje nam się zarzewie fabuły, buduje całą otoczkę i odhacza kolejne punkty konieczne do napędzenia tytułowego konfliktu. Trwa to niemiłosiernie długo, a przecież i tak wiemy, co będzie dalej, bo oglądaliśmy od jednego do pierdyliarda zwiastunów i spotów reklamowych. Potem następuje typowa, kolorowa i humorystyczna akcja w stylu większości filmów MCU. Ant-Man i Spider-Man rozładowują atmosferę, dowcipkując, a chwilę później… jedna z postaci niemal traci życie i robi się ciężkawo. Nadchodzi czas, by przejeść do tej bardziej mrocznej części filmu, w której Steve Rogers śledzi głównego złola. No właśnie, tutaj zarzut numer dwa: niby to trzecia część przygód Kapitana, a jednak przez ponad połowę obrazu ma się wrażenie, że to jednak Avengers 2 ¾, tylko z bardziej przyziemnym szwarccharakterem.

 

A propos, motywacja naszego złoczyńcy na kolana nie powala. OK, świetnie, że mamy do czynienia z czymś bardziej oryginalnym w ramach serii, ale jednak mam wrażenie, że jeśli kupimy tę genezę, to takich Zemo powinno być w MCU na pęczki. Skoro już pastwimy się nad antagonistą, to warto też wspomnieć o kuriozalnej ewolucji tytułowego bohatera. Oto praworządny obywatel i dobry żołnierz wierzący w ideały demokracji i walczący z jednostkami uważającymi się za lepsze od reszty świata (Red Skull, członkowie Hydry, Ultron) dochodzi do wniosku, że nie podda się niczyjej kontroli, bo on wie lepiej, co jest dla ludzkości dobre… Z drugiej strony barykady mamy za to Iron-Mana, jednego z najinteligentniejszych ludzi na Ziemi, który święcie wierzy, że ONZ jest w stanie wskórać cokolwiek. No cóż, może w uniwersum Marvela…

 

Na koniec jeszcze kwestia techniczna, czyli ten cholerny shaky cam. Czy naprawdę nie ma innego sposobu na zdynamizowanie walki wręcz? Chociaż później jest lepiej, to otwierające film starcie przebijało swoją nieczytelnością nawet początkowy pościg z Quantum of Solace. Współczuję widzom, którzy oglądali wersję 3D. O 4D nawet nie chcę myśleć…

Damian „Nox” Lesicki

 

 



blog comments powered by Disqus